Dla młodych mieszkańców niedużych miast, start w dorosłe życie i odnalezienie swojego w nim miejsca jest zadaniem bardzo trudnym i wymagającym czasami zaangażowania całej rodziny. Tak było też w przypadku dziewiętnastoletniej Jolanty K., która, co prawda, skończyła szkołę średnią, ale już matury nie udało jej się zdać.

Ponieważ studia, przynajmniej na razie, były wykluczone, rozpoczęło się poszukiwanie pracy dla 19-latki. Obdzwoniono rodzinę, przyjaciół, uruchomiono różne znajomości. Niestety, nawet w pobliskim mieście wojewódzkim nie udało się znaleźć dobrej pracy i w tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać.  Co prawda Jola wielokrotnie wspominała rodzicom, że dobrze płatną pracę można znaleźć jedynie za granicą, ale zarówno rodzice, jak i jej starsza siostra, Iwona, niezbyt zwracali na to uwagę. Wszyscy doskonale wiedzieli, że jeśli chodzi o znajomość języków obcych, to Jola liceum przebrnęła tylko dzięki bardzo intensywnym korepetycjom, więc w jaki sposób miałaby dać sobie radę tam, gdzie trzeba swobodnie posługiwać się przynajmniej podstawowym językiem angielskim?

 

Zniknięcie

Z tego powodu rodzina była kompletnie zaskoczona, kiedy w połowie sierpnia 2006 roku Jolanta K. zniknęła, zabierając ze swojego pokoju tylko trochę osobistych rzeczy. Jeszcze dziwniejsze było to, że swojej rodzinie, z którą miała przecież dobre kontakty, jako jedyne wyjaśnienie pozostawiła tylko krótki list. Stwierdziła w nim, że przyjaciele załatwili jej bardzo dobrą pracę za granicą i że odezwie się, kiedy już się urządzi. Były w tym liście także przeprosiny za sposób pożegnania. Jolanta K. uważając się za dorosłą chciała uniknąć „tego całego gadania, które i tak niczego by nie zmieniło”.

Rodzice obdzwonili i odwiedzili w pierwszych dniach wszystkich znanych im znajomych i przyjaciół córki. Niestety, niczego konkretnego się nie dowiedzieli. Dzwonili też do przebywającego za granicą Jacka Z. męża Iwony, jej starszej siostry, ale i on o niczym nie wiedział. Nie pytali go wprost, żeby go nie niepokoić, ale z rozmowy wynikało, że nic nie wie o zniknięciu Joli.

Ponieważ telefon nastolatki cały czas milczał, po czterech dniach rodzice postanowili zgłosić jej zaginięcie. W komisariacie spotkało ich to, co spotyka z reguły wszystkich znajdujących się w podobnej sytuacji. Policjanci wprawdzie zgłoszenie przyjęli, ale do samego faktu zaginięcia podeszli z dużym sceptycyzmem. Delikatnie podpytywali nawet rodziców Jolanty K., czy za tym zniknięciem nie stoi jakiś chłopak i to było wszystko, co zrobili w tej sprawie. Przez sześć miesięcy, czyli przez cały czas, kiedy dziewczyny nie było w domu, żaden stróż prawa nie skontaktował się z jej rodzicami, aby sprawdzić czy coś się nie zmieniło. A rodzice odchodzili od zmysłów z niepokoju o córkę.

 

Mężczyźni o twardym spojrzeniu

Dalszy przebieg wydarzeń dotyczących Jolanty K. pozostałby tajemnicą, gdyby nie inna sprawa, której finalizacja nastąpiła dzięki intensywnej współpracy niemieckiej i polskiej policji. Dzięki dużemu zaangażowaniu funkcjonariuszy z obu stron granicy, policjantom udało się zatrzymać członków groźnej i dobrze zorganizowanej grupy przestępczej. Jeden z Polaków należących do tej grupy opowiedział policjantom właśnie o tym, co spotkało Jolantę K. i jakie były jej dalsze losy.

W lutym 2007 roku, a więc pięć miesięcy od zaginięcia dziewczyny, do Polski wrócił Jacek Z., mąż jej siostry, który do tej pory przebywał za granicą. Jego sąsiedzi i znajomi przyglądali mu się z zainteresowaniem. Wyjeżdżał bowiem kilka lat temu jako korpulentny, wesoły i towarzyski młodzieniec, a wrócił jako poważny, dojrzały mężczyzna o sylwetce sportsmena, oszczędny w słowach, i o przenikliwym, uważnym i twardym spojrzeniu. Niewiele mówił o swojej pracy za granicą – jedynie to, że starał się zarobić jak najwięcej. Od dawna jednak wielu znajomych podejrzewało, że służył w Legii Cudzoziemskiej, tylko nie chciał się do tego oficjalnie przyznać. Inni uważali, że służył w wojsku i wyjechał do Iraku jako członek jakiegoś specjalnego oddziału i utrzymywał to w tajemnicy, gdyż takie są wojskowe przepisy. On sam jednak nie opowiadał nikomu o tym, co robił za granicą.

Jacek Z. po przyjeździe do O. miał ogromne pretensje do swojej żony i jej rodziców, że zataili przed nim zaginięcie szwagierki. Bardzo szybko rozpoczął swoje prywatne śledztwo i podpytywał różne osoby o to, z kim ostatnio spotykała się Jola. Kiedy wiedział już dostatecznie dużo, przyjechali do niego dwaj koledzy, z którymi pracował za granicą, i zamieszkali w jego domu. Byli w pewnym sensie do niego podobni – mieli równie twarde i przenikliwe spojrzenia, ostrzyżone „na łyso” głowy oraz eleganckie, choć z wojskowymi elementami ubranie.

Pewnego dnia mężczyźni podjechali pod dyskotekę „Night Color” i zabrali z niej 27-letniego Krzysztofa J., który był dość mętną postacią – zajmował się m.in. pośredniczeniem w różnych nielegalnych transakcjach. Ów właśnie Krzysztof J. opowiadał później policjantom, że został już na terenie dyskoteki odurzony jakimś środkiem chemicznym w żelu, który nie tylko go sparaliżował, ale także spowodował, że nie mógł wydobyć z siebie głosu, zaś oczy piekły go tak, że nic przez łzy nie widział. Zaraz w samochodzie założono mu na głowę jakiś worek i pobito.

 

Kiedy już dojechali na miejsce, zawleczono go do jakiejś piwnicy bez okien, gdzie go rozebrano, skuto do tyłu kajdankami i łańcuchem przykuto do ściany. Nikt się do niego tego dnia nie odzywał, ani o nic nie pytał. Zamknięto drzwi i został w ciemnej piwnicy sam na wiele godzin. Kiedy mężczyźni wrócili, znów go pobili, a następnie zaczęli pytać co się stało z Jolantą K. Długo pytać nie musieli, bo Krzysztof J. był już dostatecznie przestraszony i szybko, ze szczegółami, opowiedział Jackowi Z. oraz jego kolegom o wszystkim. O tym, że namówił dziewczynę na wyjazd do pracy w Niemczech, a ona była przekonana, iż będzie tam pracowała jako hostessa. Także o tym, że tuż po przekroczeniu granicy zabrał jej dokumenty i sprzedał pewnemu mieszkającemu w Niemczech Turkowi, który z kilkoma pomocnikami bez ceregieli zgwałcił ją i zmusił do prostytucji.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze