Wołczkowo – mała wieś na skraju Puszczy Wkrzańskiej, właściwie „sypialnia” Szczecina. Stąd już tylko kilka minut do granicy Niemiec. W kwietniu 2015 roku znalazła się na ustach całej Polski. Tutaj uprowadzona została dziesięcioletnia Maja. Policja wówczas po raz pierwszy postanowiła wszcząć Child Alarm.

 Jak zwykle we wtorek Maja ma wrócić do domu około godziny 16, czyli po skończeniu lekcji. Jest rozsądnym, odpowiedzialnym dzieckiem. Nie sprawia kłopotów. Uczy się w odległej zaledwie o cztery kilometry szkole podstawowej w Dobrej Szczecińskiej. Wszyscy się tu znają, jeśli nie osobiście, to na pewno z widzenia. Przystanek autobusowy znajduje się naprzeciw podstawówki. Obok jest niewielki sklep, gdzie dzieciaki przychodzą po słodkości i frytki.

Kiedy Maja nie zjawia się w Wołczkowie na czas, zaniepokojona rodzina rozpoczyna poszukiwania. Niestety bez rezultatu. Dlatego jeszcze przed godziną 20 zgłoszenie o zaginięciu dziewczynki trafia do policji. Jednocześnie bliscy nagłaśniają sprawę w internecie. Odzew miejscowej społeczności jest niesamowity. Mimo zapadającego zmroku sąsiedzi sprawdzają okolice. Wkrótce do Dobrej i Wołczkowa zjeżdżają się policjanci, gminni strażnicy, strażnicy graniczni oraz strażacy.

Po godzinie 23 zapada decyzja. Mundurowi wraz z ochotnikami – a tych nie brakuje – tworzą tyralierę. Ruszają ulicą, przy której mieszka Maja. Nie ma tu zbyt wielu zabudowań, zaledwie kilka budynków po jednej stronie ulicy. W jednym z nich mieszkają ciocia i wujek dziewczynki, którzy z przerażeniem przyglądają się wyruszającym w teren ludziom.

Trudno przegapić tutaj kogoś nieznajomego. Zamknięta, ślepa droga kończy się lasem, naprzeciw domów zaś rozciąga się łąka. Jeszcze teraz ten fakt wydaje się nie mieć znaczenia. Wkrótce jednak okaże się, że konieczność zawracania na bocznej dróżce posunie akcję poszukiwawczą do przodu. Tuż przy wjeździe znajduje się zajazd „Pod Lipami”. Jego właściciel zainstalował kiedyś monitoring i teraz udostępnia go służbom poszukującym dziewczynkę. W zarejestrowanym przez kamery materiale widać doskonale srebrnego opla vectrę na świnoujskich numerach rejestracjach.

 

***

Niemal od razu upadają teorie o wypadku i rodzinnym porwaniu. Wiadomo już, że za zniknięcie dziesięciolatki odpowiedzialny jest obcy mężczyzna. Pojawia się informacja, że może być on niezrównoważony psychicznie. Jednak początkowo policja stanowczo zaprzecza takim doniesieniom, nie chcąc podgrzewać i tak już napiętej do granic możliwości atmosfery. Maleńkie Wołczkowo przeżywa nie tylko to, co się stało poprzedniego dnia, ale i najazd dziennikarzy…

Polskim policjantom pomagają niemieccy funkcjonariusze, działa straż graniczna i wszystkie możliwe służby. Wykorzystywany jest najnowocześniejszy sprzęt, nad nadgranicznym terenem lata śmigłowiec. W środę rano policja decyduje się na uruchomienie Child Alertu – wizerunek Mai publikują wszystkie ogólnopolskie media. To już nie jest lokalna, podobna do innych sprawa. Wiele osób angażuje się w poszukiwania, objeżdżając przygraniczne miejscowości. Bezczynnie nie potrafią siedzieć bliscy Mai. Wujek znajduje w lesie, już po niemieckiej stronie, bucik dziewczynki. Znalezisko sprawia, że snute są różne domysły. Pod uwagę – choć wszyscy boją się mówić o tym głośno – brany jest także najgorszy scenariusz. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że każda upływająca minuta działa na niekorzyść zaginionej dziewczynki. Nic dziwnego, że biorący udział w akcji policjanci będą później wspominać, że działali tak, jakby chodziło o ich własne dziecko…

Środa jest ciepłym, słonecznym wiosennym dniem. Mija niespełna doba od uprowadzenia. Trzy kilometry od granicy z Niemcami, już po stronie zachodnich sąsiadów, przy leśnym trakcie stoi wiele policyjnych radiowozów. Niemieccy funkcjonariusze na coś czekają. Jest też kilku dziennikarzy lokalnych mediów. W jednym z cywilnych samochodów siedzą zapłakani dziadkowie Mai.

Telefoniczną informację, że Maja jest już bezpieczna, odbiera jej ukochany dziadek. Znowu płyną łzy, ale tym razem są to łzy szczęścia. Radosna wiadomość szybko rozchodzi się po okolicy i wszyscy mówią już tylko o jednym: Maja się znalazła! Płaczą nawet osoby, które nie znają dziewczynki, ale brały udział w poszukiwaniach. Wzruszenia nie kryją też miejscowi dziennikarze, a policjanci oddychają z ulgą.

 

***

Jak doszło do zatrzymania porywacza w okolicach Friedlandu, niewielkiego miasteczka położonego około stu kilometrów na północ od Szczecina? Pomogła czujność jednego z tutejszych mieszkańców. Zauważył on dziwnie zachowującego się młodego mężczyznę, kręcącego się nieporadnie przy stojącym na poboczu aucie, w którym siedziała smutna, mała dziewczynka. Niemiec od razu zadzwonił po policję i opowiedział o swojej obserwacji. Niedługo potem porywacz był już wieziony na najbliższy posterunek, Maja zaś trafiła do szpitala na obserwację. Miała złamaną nogę.

Szybko też wyjaśniła się zagadka znalezionego w lesie buta dziewczynki. Maja zgubiła go podczas nieudanej próby ucieczki, po której porywacz siłą wciągnął ją do samochodu i rzucił na tylne siedzenie. To wtedy też dziewczynka doznała obrażeń ciała. Jak później przyznała, starała się nie pić i nie jeść tego, czym ją częstował. Istotne jest również to, że jeszcze gdy była w szkole rozładował jej się telefon i dlatego nie mogła z niego skorzystać.

Kim jest człowiek, który przez kilka dni obserwował, co dzieje się w Wołczkowie, by zdecydować się na kidnaping? Człowiek, który kilka dni wcześniej potrącił w Berlinie jadącą rowerem kobietę i ukradł jej karty do bankomatu?

Adrian M. jest doskonale znany nie tylko polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Swego czasu pisały o nim gazety i portale internetowe na Wyspach Brytyjskich, gdzie żył od wielu lat. Tam trafił za kratki – wyrok sądu w Leeds co prawda skazał go na osiemnaście miesięcy więzienia, ale odsiedział zaledwie siedem. Później brytyjskie władze zadecydowały o deportacji Polaka do rodzinnego kraju.

Adrian M. ów wyrok usłyszał za… uprowadzenie dziecka. Wtedy jego ofiarą była dziewięciolatka. Zwabił ją, obiecując spotkanie z tatą. „Przejażdżka” zakończyła się po trzech godzinach, auto prowadzone przez mężczyznę zatrzymał do kontroli policyjny patrol. Porywacz tłumaczył wtedy, że dziecko samo zgodziło się na podróż z nim. Z kolei bliscy Adriana M. zgłaszali policji, że nie mają z nim kontaktu i że ma on problemy ze zdrowiem psychicznym. Wydalony do Polski, najpierw zatrzymał się w Toruniu, jednak ostatecznie postanowił żyć w Berlinie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze