Helmut Wolf jest bardzo zamożnym człowiekiem, ponieważ od sześciu lat kieruje w Polsce filią dużej zagranicznej firmy. Wynajmuje luksusowy, wielopokojowy dom z ogrodem w podwarszawskim Konstancinie.

Niemal cały swój wolny od obowiązków służbowych czas, prezes Wolf poświęca swemu ukochanemu hobby: jest kolekcjonerem dzieł sztuki, a w szczególności może pochwalić się bardzo cennym zbiorem płócien Malczewskiego i Kossaka, które od chwili przyjazdu do Polski zaczął z powodzeniem gromadzić. Na wypadek kradzieży całą cenną kolekcję dzieł sztuki, ubezpieczył na trzy miliony złotych. Zanim przedstawiciele znanego towarzystwa asekuracyjnego wystawili mu odpowiednią polisę ubezpieczeniową, sprawdzili sposób zabezpieczenia domu pana Wolfa przed kradzieżą.

Wynik lustracji zabezpieczeń wypadł pomyślnie, gdyż inspektorzy ubezpieczeniowi stwierdzili, że dom otoczony wysokim ogrodzeniem, jest wyposażony w podwójne stalowe drzwi z solidnymi czterema atestowanymi zamkami i blokadami antywłamaniowymi. Natomiast wszystkie okna w ośmiu pokojach i kuchni są zabezpieczone od wewnątrz grubymi stalowymi kratami, zamykanymi wysokiej jakości kłódkami. Ponadto w willi zainstalowano nowoczesny system alarmowy, połączony z centralą firmy ochroniarskiej, czuwającą nad bezpieczeństwem swych klientów przez całą dobę.

Dlatego, bez większych problemów, polisa ubezpieczeniowa została wystawiona przez towarzystwo asekuracyjne, zaś prezes Wolf wniósł stosowną opłatę, której wysokość zapewne przyprawiłaby o zawrót głowy przeciętnego obywatela naszego kraju. Od tej chwili pan prezes bez obaw opuszczał swoją posiadłość, wyjeżdżając na weekendy lub w zagraniczne podróże służbowe.

Z początkiem lipca, żona pana Wolfa wraz z kilkunastoletnim synem postanowiła wyjechać na dwutygodniowy urlop do Hiszpanii, zaś jej małżonek związany obowiązkami służbowymi musiał zostać w Warszawie, obiecując jej solennie,  że w sierpniu z pewnością spędzą razem urlop na karaibskiej wyspie Barbados. Niestety, tydzień po wyjeździe żony, nieznany sprawca (lub sprawcy) włamał się do willi Wolfów i skradł całą kolekcję cennych płócien, nie ruszając innych cennych przedmiotów. Oto zeznanie prezesa Helmuta Wolfa, złożone w komisariacie policji oficerowi prowadzącemu dochodzenie w tej sprawie.

– Mój dom składa się z ośmiu pokoi i kuchni. W każdym z tych pomieszczeń jest okno i każde z nich jest zabezpieczone solidną kratą zainstalowaną od wewnątrz i zamykaną na dobrą kłódkę. Pech chciał, że wczorajszego wieczora, w chwili gdy opuszczałem kratę w oknie salonu, zadzwonił telefon. Telefonował mężczyzna podający się za szefa zespołu ochroniarzy strzegących siedziby mojej firmy. Zdenerwowanym głosem powiadomił mnie, że w jednym z pomieszczeń firmy wybuchł pożar, że straż pożarna już jedzie, a on z oczywistego obowiązku, niniejszym zawiadamia prezesa, czyli mnie. Zdenerwowany i zaskoczony tą wiadomością, wyskoczyłem natychmiast z domu, uprzednio zamykając jednak starannie na kłódki kraty we wszystkich oknach. Kiedy podjechałem pod siedzibę mojej firmy okazało się, że żadnego pożaru nie było, nikt z ochroniarzy do mnie nie dzwonił, zaś ten telefon był wybrykiem jakiegoś dowcipnisia. Dopiero po powrocie do domu zrozumiałem, że nie był to głupi kawał, lecz skuteczny sposób na wywabienie mnie z domu w dogodnym dla złodziei czasie. Widocznie włamywacze od dłuższego czasu obserwowali mnie i tylko czyhali na taką okazję.

 Po tym telefonie o pożarze, mimo zdenerwowania, obawy i pośpiechu, wychodząc z domu z całą pewnością włączyłem alarm i podobnie jak kraty w oknach, starannie zamknąłem dwoje stalowych drzwi wejściowych, przekręcając dwukrotnie klucz w każdym z czterech zamków. Kiedy po godzinie wróciłem do domu, z przerażeniem stwierdziłem, że drzwi były otwarte. Dokładniej rzecz ujmując, otwarte były wszystkie cztery zamki, a jestem absolutnie pewien, że zamykałem je kluczami. Zdenerwowany w najwyższym stopniu, natychmiast pobiegłem do salonu i mego gabinetu, gdzie na ścianach wisiały cenne obrazy. Było ich razem 21 sztuk. Złodzieje nie próżnowali. Ściany były upiornie puste… Zacząłem nerwowo rozglądać się po mieszkaniu aby sprawdzić, co jeszcze zginęło, ale wszystkie inne cenne przedmioty były na swoim miejscu. Wtedy zrozumiałem, że włamywacze byli profesjonalistami działającymi na zlecenie i przyszli tylko po moje obrazy. Trzęsącymi się rękami złapałem za telefon i zadzwoniłem na policję.

Po piętnastu minutach zjawili się dwaj funkcjonariusze, którzy stwierdzili, że złodzieje weszli do mieszkania przez okno w salonie, uprzednio wyciąwszy diamentem kawałek szyby aby móc wsadzić rękę, przeciąć „rakiem” kłódkę kraty i przekręcić klamkę okna. Stwierdzili również, że system alarmowy nie działał z powodu celowego uszkodzenia. Wraz z cennym łupem włamywacze nie musieli już uciekać przez okno, lecz wyszli z mieszkania po prostu przez drzwi. Dlatego zastałem je otwarte. Funkcjonariusze wypytywali moich sąsiadów, lecz nikt niczego nie słyszał ani nikogo podejrzanego nie widział. Szczęście w nieszczęściu, że moja kolekcja była ubezpieczona…

Wysłuchawszy zeznania poszkodowanego, oficer Komendy Stołecznej Policji prowadzący dochodzenie w tej sprawie, postanowił osobiście udać się do willi Helmuta Wolfa, celem przeprowadzenia wizji lokalnej. Oglądając cały dom, a głównie pechowe okno w salonie i system alarmowy stwierdził, że stan faktyczny zgadza się z relacją poszkodowanego, jak również z protokołem sporządzonym na miejscu zdarzenia, jeszcze w nocy przez dwóch funkcjonariuszy. Badając zabezpieczenia drzwi wejściowych oficer przekonał się, że dwoje drzwi stalowych jest zaopatrzonych w cztery markowe zamki po dwa na każde drzwi. Wykonane wcześniej specjalistyczne badanie mechanoskopijne potwierdziło, że nikt nie próbował demontować tych zamków z drzwi, ani otwierać ich wytrychami. Ekspert dokonujący tych badań, na zakończenie swego pisemnego oświadczenia stwierdził, że włamywacze z reguły nawet nie próbują otwierać zamków marki Abloy, Optimus i Gerda-Tytan za pomocą złodziejskich narzędzi i wytrychów, gdyż takie próby są z góry skazane na niepowodzenie. A takie właśnie zamki zostały zainstalowane na drzwiach mieszkania poszkodowanego prezesa Wolfa. – Jeśli włamywacze mają taką możliwość – stwierdził na zakończenie ekspert od mechanoskopii – to raczej usiłują sforsować takie zamki „na pasówkę lub w sposób siłowy.

– Nie wiem, czy szybko uda nam się odzyskać pańskie cenne dzieła sztuki, bo zapewne skradziono je na czyjeś prywatne zamówienie. Być może przez długie lata nie zostaną wystawione na sprzedaż, gdyż w ukryciu będą cieszyć oko jakiegoś anonimowego kolekcjonera. Jednak muszę pana zapewnić, panie Wolf – kontynuował oficer dochodzeniowy – że o kradzieży zostały zawiadomione wszystkie nasze posterunki graniczne, także polskie i zagraniczne domy aukcyjne, muzea i antykwariaty. Jeśli tylko złodzieje spróbują wywieźć z kraju lub spieniężyć jakiś obraz z pańskiej kolekcji, my pierwsi będziemy o tym wiedzieć…

To mówiąc, oficer policji opuścił posiadłość prezesa,  wsiadł do radiowozu i wrócił do komendy. Popijając gorącą kawę podaną mu przez sekretarkę,  stołeczny dochodzeniowiec ciągle nie mógł się oprzeć wrażeniu, że coś przeoczył w tej sprawie. Nagle z rozmachem odstawił filiżankę z kawą, dusząc w ustach soczyste przekleństwo. – Niech go jasna cholera! Że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy! Sierżancie! – zakrzyknął do podkomendnego. – Natychmiast proszę polecić dyżurnemu aby zaraz podstawił radiowóz z dwoma mundurowymi. Niech wezmą ze sobą kajdanki! Jadę zatrzymać tego cwaniaka Helmuta Wolfa! – Widząc zdumienie na twarzy swego asystenta, spokojniejszym już tonem wyjaśnił: – Nie było żadnego włamania! To on sam zainscenizował kradzież!

 Dlaczego policjant oskarżył Wolfa o oszustwo?

 

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze