Marzą, cierpią, kochają, śmieją się, płaczą… Czasem zasłaniają swoją bezradność uniesionym bezceremonialnie w górę środkowym palcem albo wyzywającą mapą blizn i tatuaży – więziennymi „sznytami”. To ślady wyroku, który próbowały w ukryciu wykonać na sobie, pokazując „faka” tym wszystkim, którym wydawało się, że mogą mieć nad nimi jakąś władzę. Dziewczyny z Aresztu Śledczego Warszawa–Grochów.

Minęły lata, miesiące albo tylko dni, odkąd w zimnym stalowym korytarzu usłyszały pierwszy raz echo własnych kroków. Gdy za kratami zagubiły gdzieś dziewczęce marzenia o pierwszej miłości. Gdy przeminęli mężowie, kochankowie… I ukochane, choć często zaniedbywane dzieci. Te narodzone i te, które nie pojawiły się na świecie… Czekają na listy i paczki od Mikołajów, którzy dawno już przehandlowali swoje zaprzęgi i zamienili je na wysokoprocentowy ratunek przed codziennością. Wciąż jednak liczą na odwiedziny, listy „stamtąd”, na najmniejszy nawet znak od tych, którzy na nie czekają. A może już dawno przestali czekać…

Żyją tym, co przynosi kolejny, podobny do każdego innego, więzienny dzień. Ale jeszcze częściej tym, co podsuwa im wyobraźnia spragniona bliskości drugiego człowieka. Kiedy więzienne korytarze wypełnia kolejna samotna noc, zasypiają przytulone do swoich najskrytszych marzeń i śnią o tym, „czego pragną, by dał im świat…”.

 

ADELA

Jestem tutaj za zwykłą kradzież. Studiowałam prawo, ale wyszło, jak wyszło – w życiu człowiek popełnia różne błędy. Moja rodzina wie, gdzie jestem i nie widzę przeszkód, żeby także inni dowiedzieli się, że siedzę w więzieniu. Mam już za sobą jedno nieudane małżeństwo. Mój poprzedni mąż był chory z zazdrości. Kiedy zaczął pić, pojawiły się kłopoty. Rozwiodłam się z nim ponad 10 lat temu. Mamy dwoje dzieci, które mieszkają u moich rodziców. Nie pozwalam im przyjeżdżać do aresztu. Nie chcę żeby mnie tutaj widziały. Ani one, ani moi rodzice.

Rok temu wzięłam ślub w więzieniu we Wrocławiu. Dyrektor więzienia był przeciwny, żebym wychodziła za kryminalistę. Następnego dnia po ślubie wysłali mnie do innego aresztu, do Warszawy. Nie dali nam nawet widzenia intymnego z okazji nocy poślubnej. Wstrzymywali nam korespondencję. O mały włos nie rozwaliło się przez to nasze małżeństwo, bo on podejrzewał, że tutaj mam kogoś, skoro do niego nie piszę. Ja też zaczynam mieć pretensję, że coraz rzadziej dostaję od niego listy. Oboje siedzimy w więzieniu, ale bardzo się kochamy i powinni nam ułatwić kontakt. Mój mąż jest w zakładzie na Dolnym  Śląsku – 500 kilometrów ode mnie.

 

Dzwoniliśmy do siebie po ślubie, kiedy tylko była możliwość. Niektórzy funkcjonariusze nam w tym pomagali, ale jak dowiedział się o tym pan dyrektor, to zablokowali nam telefony. Przyjechałam tutaj rok temu i do stycznia udawało nam się to robić po kryjomu. Umawialiśmy się, że ja będę czekała na jego telefon codziennie o godzinie 15.00. Dzięki temu, mimo oddalenia, czuliśmy, że jesteśmy blisko. Kiedy uniemożliwili nam kontakt, nie mogłam przez kilka dni dojść do siebie. Pisał do mnie listy – dostałam ich ponad 200. Zapewniał w nich o swojej miłości. Pokażę wam. Piszę mu o wszystkim, całe łóżko mam obwieszone jego rysunkami i zdjęciami. Wiele razy prosiłam, żeby mnie tam zawieźli, albo jego do mnie przywieźli. Chociaż na miesiąc, żebyśmy mogli się zobaczyć. Ale nic z tego. Mój mąż pisał nawet skargi do ministerstwa…

W więzieniu we Wrocławiu, spacerniaki były odgrodzone od siebie siatką. Był też szpital i mnóstwo możliwości, żeby się poznać. Pierwszy raz zobaczył mnie przez okno, jak spacerowałam. Rozmawiał wtedy z dziewczyną, która pisała do niego na rękach, i zaczął ją o mnie wypytywać. Widzieliśmy się potem na spacerniaku, bo udało nam się to tak zorganizować, żeby spacerować w tym samym czasie. Zaczęliśmy pisać do siebie listy i po kryjomu umawiać. Oddziałowi nam pomagali, żebyśmy mogli spotykać się, choćby przez siatkę. Raz nawet po kryjomu załatwili nam widzenie wewnętrzne. Od razu byłam pewna, że to miłość, mimo że nie spotykaliśmy się ze sobą bezpośrednio. Na spacerniaku śpiewał tak, żebym usłyszała: „Żono moja, serce moje”. Nie chciał wołać mnie po imieniu, żeby oddziałowi nie zorientowali się, że stoję przy oknie i na niego patrzę, bo były to przecież nielegalne kontakty. Ale i tak wszyscy wiedzieli…

Jak dowiedział się o tym dyrektor, to wezwał mnie do siebie. Tłumaczył, że to nie dla mnie, że on jest z innego świata i że będę tego żałować. Nikt nie wierzył, że dojdzie do tego ślubu. Później robili nawet zakłady, że wytrzymamy ze sobą najwyżej kilka miesięcy. Ale mija już rok, a my coraz bardziej się kochamy. Nigdy przedtem nie znałam żadnych kryminalistów, ani ludzi z półświatka. A mój mąż był recydywistą, grypsował, przeszedł izolatki, cele dla niebezpiecznych. Kiedyś był bokserem. Wzbudzał strach, zawsze prowadziła go obstawa. U niego w więzieniu podejrzewali, że jak go zostawię, to sobie coś zrobi, bo miał już za sobą niebezpieczne połyki i bunty.

Mój mąż pochodzi z rodziny patologicznej, jest sierotą, jego bracia też siedzą. Ale odkąd mnie poznał, zmienił się o 180 stopni. Po ślubie zerwał kontakty z tamtym światem. Teraz chce mieć dzieci i normalny dom. Mój mąż bardzo chciał wziąć ślub kościelny, ale dostaliśmy tylko cywilny. Załatwialiśmy wszystko korespondencyjnie przez pół roku, bo bezpośrednio nie mogliśmy. Czasem musiałam do niego krzyczeć przez okno, żeby coś załatwił i byłam za to później karana. Obiecaliśmy dyrektorowi, że jak wyjdziemy, to zaprosimy go na nasz prawdziwy ślub, kościelny, żeby przekonał się, że takie związki mogą przetrwać. Pragnęłam, żeby stało się to w Walentynki, ale on nie chciał czekać ani jednego dnia dłużej. Wcześniejszy termin przypadał na 7 lutego i nie było o czym mówić! Moim świadkiem była dziewczyna z więzienia, a do niego przyjechali kuzyni. Nie chciałam, żeby moja rodzina tu przyjeżdżała.

 Salka w więzieniu była obskurna, ale ślub odbył się tak samo, jak na wolności. Mieliśmy zgodę na dwie godziny poczęstunku z rodziną. I to były nasze ostatnie dwie godziny…

Nie spałam wtedy całą noc, bo wiedziałam, że będę miała następnego dnia widzenie intymne. Dziewczyny też nie mogły spać, bo cały czas im o tym opowiadałam, przeżywałam to wszystko. Rano wstałam bardzo wcześnie, poszłam pod prysznic i zaczęłam się szykować. Nagle weszła pani oddziałowa z prowiantem i powiedziała, że mam się zbierać, bo wyjeżdżamy. Wysłali specjalnie po mnie samochód. Wpadłam w szał. Mój mąż rozwalił celę. Skończyło się tym, że go pobili. Małżeństwo nie było skonsumowane – pewnie liczyli na to, że gdy związek jest „nieskonsumowany”, to łatwiejszy jest rozwód.

Wiem, że gdybym go zostawiła, to on by tego nie przeżył. Ja pewnie też… Nawet gdyby się miało okazać, że nam nie wyjdzie po ślubie, to i tak nie żałuję. Dzięki niemu przeżyłam wspaniałe chwile i nie zwariowałam. Teraz cały czas walczę. O wszystko. Piszę skargi, za co często siedzę w izolatkach, ale się nie poddaję. Chcę napisać książkę o swojej miłości…

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze