Janusz N. wśród kolegów uchodził za dobrego fachowca. Do tego był kontaktowy i chętnie spotykał się z dziennikarzami. Pracował w sądzie w N. do 2001 roku, kiedy to otrzymał awans i został powołany na sędziego Sądu Okręgowego w O. Kilka tygodni później policja zatrzymała samochód, w którym obok doskonale znanego w lokalnym półświatku Waldemara J., pseudonim „Glaca”, siedział właśnie Janusz N.

 

Wybryki sędziego

Wielokrotnie karany „Glaca” był doskonale znany policji. Przewijał się m.in. w procesie znanego gangu z O. Zajmował się też porwaniami i wymuszeniami okupu. Poza tym, razem z byłą żoną, prowadził w N. agencję towarzyską, oficjalnie figurującą jako kawiarnia-hotel „Laguna”. Wszyscy wiedzieli jednak, że nie jeździ się tam tylko na kawę. Od 1999 roku do listopada 2001 roku pracowały tam Polki, Białorusinki, Rosjanki i Ukrainki. Pół godziny w towarzystwie zatrudnionej w „Lagunie” dziewczyny kosztowało 100 złotych. Specjalne życzenia miały wyższą stawkę. „Glaca” uczciwie dzielił się z pracownicami po połowie, ale potrącał z wynagrodzenia, jeśli czymś podpadły – np. miały bałagan w pokoju, czy pracowały po kilku głębszych.

     Interes rozwijał na tyle dobrze (miesięczne obroty wynosiły od 45 do 72 tysięcy złotych), że 42-letni Waldemar J. planował otworzyć filię w innym mieście. Wynajął nawet lokal, ale nie zdążył uruchomić biznesu, bo wpadł w ręce policji. Gangstera skazano na 6 lat więzienia (wyrok zapadł w marcu 2004 roku), za sutenerstwo, rozprowadzanie narkotyków i kontakty seksualne z 14-latką. Nastolatka nie przyznała się wprawdzie do uprawiania seksu i zażywania narkotyków, którymi „Glaca” miał ją częstować, ale – zdaniem psychologa – jej zeznania nie były wiarygodne.

     Pod koniec 2001 roku policja na trasie Opole-Warszawa zatrzymała samochód, za kierownicą którego siedział „Glaca”, a obok niego sędzia Janusz N. Przedstawicielowi prawa zarzucono kontakty z wielokrotnym przestępcą.

To był błąd, że z nim jechałem, ale na podstawie jednego zdarzenia nie można osądzać człowieka. Znalazłem się tam przypadkowo, to nie było planowane, a z Waldemarem J. znam się od dawna. Mówiliśmy sobie „cześć” na ulicy, z pewnością nie można było jednak nazwać naszej znajomości przyjaźnią – tłumaczył Janusz N.

     Okazało się, że „kryształ” odziany w sędziowską togę ma coraz więcej rys. Jedna z prostytutek „Glacy” powiedziała, że mężczyzna korzystał z jej usług. Janusz N. zaprzeczał:

– Nigdy nie widziałem tej kobiety. W tym, co mówiła, było wiele nieprawdy. Zresztą ona wycofała swoje zeznania po tym, jak założyłem jej sprawę o składanie fałszywych zeznań.

 

***

Kiedy materiały operacyjne policji dotarły do Sądu Okręgowego w O., prezes sądu wezwał Janusza N. na rozmowę. Zarzucił mu uchybienie godności sędziego i zaproponował, aby sam złożył rezygnację.

     – Wykonując zawód sędziego nie powinno się mieć żadnych kontaktów z półświatkiem, nawet jeśli ma się w nim znajomych ze szkolnych lat – tłumaczył rzecznik sądu.

     Janusz N. został odsunięty od pełnienia funkcji na 30 dni. Jednocześnie wystąpiono o jego zawieszenie. Sąd Apelacyjny w K., działający jako sąd dyscyplinarny, przychylił się do wniosku. Sędzia N. został zawieszony na 3 miesiące. W tym czasie nie mógł orzekać, a jego uposażenie zostało zmniejszone o 25 proc. Problemem było tylko to, że kiedy zatrzymano sędziego, ten był w trakcie prowadzenia 15 spraw. Teraz wszystkie musiały toczyć się od początku.

     Należało też sprawdzić, czy nie było powiązań miedzy pełnieniem przez  Janusza N. funkcji sędziego, a sprawami karnymi „Glacy”. W czasie, kiedy Janusz N. pracował w wydziale karnym Sądu Okręgowego w O., toczyła się tam również sprawa Waldemara J., dotycząca porwania i torturowania wspólnika, z którym prowadził agencję. Panowie nie potrafili dojść do porozumienia w kwestii rozliczeń finansowych.

Rozpoczęte postępowanie dyscyplinarne nie zakończyło się karą, ponieważ sędzia, który orzekał w sprawach karnych, sam zrzucił togę. W kwietniu 2002 roku złożył rezygnację na ręce minister sprawiedliwości. Wobec powyższego, postępowanie umorzono, gdyż nie można go przeprowadzać przeciwko byłemu sędziemu.

Zanim jednak minął okres wypowiedzenia, Janusz N. zmienił zdanie i chciał wycofać swoje podanie. Ówczesna minister sprawiedliwości, Barbara Piwnik, nie wyraziła zgody. Janusz N. jednak nie zraził się – wykorzystując swoją wiedzę prawniczą odwołał się do sądu pracy. Sprawa ciągnęła się do kwietnia 2004 roku. Uznano, że sędzia po złożeniu rezygnacji miał prawo ją wycofać, zanim upłynął okres wypowiedzenia. „Pokrzywdzonemu” przyznano także odszkodowanie za czas, kiedy nie mógł wykonywać zawodu. Kwota była niebagatelna, bo wynosiła 180 tysięcy złotych brutto.

Decyzja sądu pracy wywołała kontrowersje. Prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka komentował wtedy:

To zaskakujące! Zadziwia mnie wyrok sądu. Ktoś odchodzi, bo nabroił, a szef mu na to: jak odejdziesz, to ja ci machnę ręką. A za 3 dni człowiek przychodzi i mówi, że się rozmyślił i wnosi pozew do sądu pracy. (…) Zaskakuje mnie postawa etyczna niektórych sędziów, skoro takie osoby chcą dalej orzekać. Mam nadzieję, że zostanie wydana stosowna kara dyscyplinarna i ten sędzia jednak nie będzie pracował.

Tymczasem okazało się, że wyrok sądu pracy podtrzymał sąd drugiej instancji, a następnie Sąd Najwyższy. Zatem nic nie stało na przeszkodzie, aby Janusz N. ponownie mógł przywdziać sędziowską togę (sprawa o nieodpowiednie kontakty z przestępcą przedawniła się).

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze