W tym roku minęło 15 lat od czasu, kiedy Andrzej Kamiński po raz pierwszy usiadł za kierownicą potężnego TIR-a. Marzył o tej pracy od dziecka. Zwiedzać ciekawe miejsca, poznawać nowych ludzi. Nie wyobrażał sobie ośmiu godzin spędzonych w biurze albo w fabryce przy taśmie produkcyjnej.

Zapamiętał tamten dzień, bo wielu rzeczy musiał uczyć się od początku. Ot, choćby specyficznego języka kierowców. W pierwszą podróż na dwa samochody jechali do Hamburga. Kolega z drugiego auta rzucił do niego przez CB-radio, że „stoi kamionem na rajce za pompą”. Zgłupiał, nie wiedział o co mu chodzi. A przecież kolega powiedział, że zaparkował na parkingu obok stacji benzynowej.

Od tamtej pory kilkunastonowa ciężarówka była dla niego drugim domem. Na wyposażeniu kabiny miał łóżko, telewizor, laptop z dostępem do internetu. Wszystko co niezbędne, by nie wydawać zbyt dużo pieniędzy podczas długich wojaży po Europie. Przed trzema laty zaciągnął kredyt na budowę domu i dzięki dietom za czas spędzony za granicą można było odłożyć nawet drugą pensję.

Kamiński był jednym z najbardziej doświadczonych kierowców w dużej firmie spedycyjnej. Żadnych mandatów, nie mówiąc o kolizjach czy wypadkach. Terminowo dostarczał towar, nigdy nie miał problemów z dotarciem do celu, co często jeszcze trafia się młodszym kolegom, którzy ufając tylko nawigacji niekiedy błądzą godzinami w poszukiwaniu miejsca załadunku lub rozładunku. Przed kilkoma tygodniami i jego opuściło szczęście.

To miał być krótki kurs na Słowację. Wiózł 2 tysiące par butów. Była dopiero szósta rano, a on już był w trasie. Kilka kilometrów za Jędrzejowem, w małej wiosce w środku lasu, zobaczył stojącą na poboczu młodą dziewczynę.

– Machała ręką uśmiechając się przy tym. Żal mi się jej zrobiło, wcisnąłem mocniej hamulce, wjechałem w zatoczkę, żeby ją zabrać – opowiadał przebieg dramatycznych zdarzeń. – Kiedy otwierała drzwi z prawej strony, ktoś otworzył moje drzwi i kazał wyjść z kabiny. Nie zauważyłem, skąd wzięli się dwaj mężczyźni. Jeden z nich celował we mnie pistoletem. Kazali mi wyjść z ciężarówki, potem zaprowadzili w głąb lasu. Tam przywiązali mnie do drzewa, a usta zakleili taśmą samoprzylepną. Szybko wrócili do ciężarówki i razem z tą kobietą odjechali w nieznanym kierunku.

– I jak udało się panu uwolnić? – zapytał przesłuchujący go komisarz Nowaczyk z krakowskiej policji.

– Napastnicy chyba specjalnie nie zrobili zbyt mocnego węzła. Poobcierałem sobie nadgarstki podczas manipulowania przy sznurze – w tym momencie kierowca pokazał lekko zdarty naskórek – ale jakoś udało mi się uwolnić. Wróciłem na drogę, przygodną „okazją” przyjechałem na komendę, żeby zgłosić napad i kradzież ciężarówki.

– Czy coś rzuciło się panu w oczy w ich zachowaniu? Potrafi pan opisać ich wygląd?

– Raczej nie! Kobieta była młoda i atrakcyjna, ale nic poza tym. Cała trójka miała okulary przeciwsłoneczne, w takich dużych, czarnych plastikowych oprawkach. Podobno są modne w tym sezonie bo żona niedawno takie sobie kupiła.

– Chciałby pan dodać coś ważnego w tej sprawie?

– Raczej nie, panie komisarzu. To wszystko rozegrało się tak nagle. Proszę się nie dziwić, że mało co zapamiętałem, ale ja bałem się o swoje życie. Kto wie, co przyjdzie takim bandytom do głowy. Nie grałem bohatera, życie mi miłe. Ciężarówka i towar były ubezpieczone, na całe szczęście nikt nie będzie stratny.

Komisarz Nowaczyk chwilę się zamyślił. – Co do odszkodowania to zajmie się tym ktoś inny. My zajmiemy się panem. Jestem przekonany, że działał pan w zmowie z rabusiami. Nie było żadnego napadu! – niemal krzyknął dochodzeniowiec.

Dlaczego komisarz miał podstawy by podejrzewać, iż był to sfingowany napad?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze