Beuthen końca lat trzydziestych było spokojnym niemieckim miastem. Pomimo wojny życie toczyło się tam w miarę normalnie. Być może wzrosła jedynie presja na sprawne wydobycie węgla, co miało związek z pochłaniającymi surowce militarnymi operacjami.

Mieszkańcy górniczej osady nie narzekali jednak. Linia frontu majaczyła gdzieś przy Kaukazie, wystarczająco daleko, aby zbytnio się tym nie przejmować. Młodsze z dwojga dzieci państwa Heleny i Waltera Kraffczyków, 14-letnia Alice, kontynuowała więc naukę według planu i w 1939 roku poszła do Miejskiej Szkoły Handlowej. Dwa lata później otrzymała świadectwo dyplomowanej sekretarki i księgowej. Nie miała problemów ze znalezieniem pracy – tuż po zakończeniu nauki zatrudniła się w pobliskim Breslau.

W ten sposób minęły kolejne dwa, spokojne lata, zanim wschodni front zbliżył się na tyle, aby rozpoczęła się mobilizacja cywilów. W 1943 roku, 18-letnia wówczas Alice otrzymała wezwanie do służby pielęgniarskiej przy Niemieckim Czerwonym Krzyżu. Trafiła do wojskowego szpitala, a gdy w końcu trzeba było go ewakuować, zaskoczyła  wszystkich, odmawiając ucieczki na tyły frontu. Postanowiła zostać w przekształcającym się w twierdzę mieście, choć zdawała sobie sprawę z groźby alianckich bombardowań i z pewnością wiedziała, czego można spodziewać się po czerwonoarmistach, jeśli Festung Breslau upadnie.

 

Alice

 Jej kwalifikacje biurowe okazały się w oblężonym mieście znacznie cenniejsze niż pielęgniarskie. Wkrótce, dzięki kompetencjom, ale nie jest wykluczone, że i znajomościom, ze szpitala bunkrowego trafiła do sekretariatu sztabu obrony.

Jednak tym razem nie zamierzała za wszelką cenę pozostać w mieście. Tuż przed jego poddaniem, gdy padał już Berlin, zdołała w eskorcie uciekających sztabowych oficerów, przemknąć się przez okalające twierdzę wrogie wojska. Sudeckimi lasami dotarła do, trzymających się jeszcze, ostatnich niemieckich oddziałów pod wodzą Ferdinanda Schörnera –  wedle ostatniej woli Hitlera mianowanego naczelnym dowódcą wojsk lądowych.

Po ogłoszeniu kapitulacji Schörner zdezerterował, zostawiając swoich żołnierzy na pastwę wschodniego żywiołu. Alice szczęśliwie jednak  uniknęła wywózki do łagru, trafiając do cywilizowanego amerykańskiego, a nie sowieckiego, obozu jenieckiego. Jej pielęgniarskie doświadczenie w końcu przydało się w opiece nad niemieckimi współwięźniami. Można się więc domyślać, że Alice uniknęła koszmarów niewoli i po raz kolejny sprzyjało jej szczęście.

 

„Halina”

Po zakończeniu wojny znów płynęła pod prąd. Chociaż rodzinne Beuthen przemianowano na Bytom i miasto nie leżało już w granicach Niemiec, postanowiła mimo wszystko wrócić – w 1947 roku wystąpiła o przepustkę do Polskiej Misji Repatriacyjnej w Monachium. Jej starszy brat, Günther, skorzystał z niemieckiego odpowiednika misji i od razu po wojnie przeniósł się do Berlina, gdzie piął się po szczeblach lokalnej hierarchii dzięki legitymacji partii komunistycznej.

W Bytomiu jednak w dalszym ciągu mieszkali rodzice Alice i Günthera. Nie zdawali sobie sprawy, że z ich dwojga dzieci to córka prężniej działa na rzecz nowego systemu, i to o wiele dyskretniej. Po kilku latach przepracowanych ku chwale nowej ojczyzny, jako opiekunka dzieci pewnego komunistycznego oficera oraz monterka w zakładach energetycznych, nawiązała kontakt z Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Bytomiu. Możliwe jest również, że to do niej się zgłoszono. Służby z pewnością widziały w niej łakomy kąsek: jako rodowita Niemka bez wzbudzania podejrzeń mogła wniknąć w bytomskie środowisko obcokrajowców, gdzie celem byli głównie specjaliści z tzw. zgniłego Zachodu, pracujący w pobliskiej miechowickiej elektrowni.

Jako nowo mianowana agentka „Halina”, Alice poradziła sobie nadzwyczaj dobrze i szybko do jej obowiązków dorzucono inwigilację bytomskich Niemców.

Szczegóły obu misji w dalszym ciągu pozostają utajnione, jednak Alice vel „Halina” musiała być na tyle sprawna, że słuch o jej talencie dotarł aż do centrali w Warszawie. „Szczerą i obowiązkową”, wedle jednego z raportów, agentkę w 1957 roku przemianowano, „nieco bez wyobraźni”, z „Haliny” na „Alice” i włączono w struktury wywiadowcze Departamentu I MSW.

Rokowała bardzo dobrze. Jej narodowość, wszechstronne doświadczenie zawodowe w połączeniu z  nietuzinkowym życiorysem i szczególną umiejętnością obracania nawet najtrudniejszych sytuacji na swoją korzyść, czyniło z niej naturalną kandydatkę do newralgicznych zadań w RFN.

 

„Alice”

Przydał się berliński adres Günthera. Co prawda brat mieszkał we wschodniej części podzielonego miasta, ale liczono, że Alice (vel „Alice”) i tym razem zdoła prześlizgnąć się za linię wroga.

 

Bez trudu namówiła rodziców na przeprowadzkę – starsi państwo źle czuli się w coraz bardziej obcym mieście, musieli więc z ulgą przyjąć propozycję córki. Nie domyślali się jednak, co tak naprawdę za tym stało, podobnie jak urzędnicy wydający zgodę na wyjazd. Nie było zresztą trudno o takie pozwolenie: w latach 50., na fali akcji łączenia rodzin, do RFN i NRD wróciło z nowych terenów Polski około 280 tysięcy Niemców. Najwięcej w 1957 i 1958 roku, kiedy to właśnie rodzina Kraffczyków pośpiesznie opuściła Bytom.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze