O ile w drugiej połowie XVIII wieku bandytów grabiących ludzi karano wręcz po drakońsku, to wobec okazjonalnych złodziejaszków sąd marszałkowski orzekał kary dość standardowe i mało skuteczne.

Pierwszy raz złapanego na kradzieży, czy to pieniędzy z kieszeni, czy też zegarka, czy innych przedmiotów, karano parotygodniowym zamknięciem w więzieniu i plagami po 50 rózeg „przy wejściu i wynijściu”. Za drugim – karę więzienia podwajano; w obu przypadkach skazańca wypędzano precz za okopy, którymi w 1770 roku otoczone zostało miasto z napomnieniem, by się więcej nie pokazywał w stolicy.

Tak ukarano na przykład trzynastolatka, rodowitego warszawiaka: raz – za kradzież pieniędzy z kieszeni, drugi raz „za kradzież pończochów par jedwabnych 18 Niemce na Nowym Mieście”. Jak nieskuteczne to były kary świadczy fakt, że kolejny raz złapano go, gdy ukradł złoty zegarek, lichtarz i srebrny imbryczek „w pałacu Jaśnie Wielmożnego krajczyca Potockiego”. Był więc na dobrej drodze do złodziejskiej kariery i pewnie marnie skończył, gdy w następnych latach takich złodziei-recydywistów zaczęto wieszać, a jeszcze później wysyłać na Sybir. A może tak się wyspecjalizował, że stał się nieuchwytny?

Zawodowymi złodziejkami były też prostytutki. Jedną z nich, która wyspecjalizowała się w pozbawianiu zegarków swych klientów, „gdy byli na nierządzie”, też zamykano w więzieniu, chłostano, a nawet raz wystawiono w żelaznej klatce stojącej obok ratusza na Rynku Starego Miasta.

Nie trzeba dodawać, że za każdym razem wyganiano ją za okopy z owym uroczystym napomnieniem. Za czwartym razem dostała się do marszałkowskiej „kozy” za „utrzymywanie Hoffmana, złodzieja, tudzież niesłuchanie zakazów jurysdykcji i za sprzedanie zegarka, co niejaka Karolina Kornus ukradła”.

Pewnie jako niepoprawna złodziejka, recydywistka, oddana została w końcu w ręce kata. W prasie – jako o zdarzeniu zbyt banalnym – nawet mogłoby nie być wzmianki na ten temat. Chyba żeby się coś zdarzyło nadzwyczajnego przy okazji egzekucji, np. gdyby kilku gapiów, których zawsze przyciągały takie krwawe widowiska, zostało zadeptanych przez kłębiący się tłum.

Za czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, podobnie jak złodziei tak samo surowo karano paserów, którzy skupowali ich łupy. Trudniący się dorywczo fryzjerstwem, a przy okazji skupujący i sprzedający kradzione rzeczy, 21-letni kawaler, który wpadł po raz piąty w ręce ówczesnych policjantów, tak opowiadał śledczemu o trzecim skazaniu: „znajdowałem się w tymże areszcie za kupowanie chustki i innych rzeczy od złodzieja przed Świętym Krzyżem, o co byłem egzaminowany, w kajdany okuty i do więzienia na miesięcy 3 odesłany i tamże do robót publicznych byłem używany; przy wniściu i wyniściu rózgami po plag 50 karany, po tym za okopy wyprowadzony z napomnieniem, iżbym się pod surowymi karami w Warszawie i jej okolicy nie znajdował”. Podobnie jak inni wyprowadzani za okopy zaraz wrócił i znowu trudnił się paserstwem; następna kara to pół roku więzienia i już po 100 plag „przy wniściu i wyniściu”. Niewątpliwie czekał go również marny koniec, bo w późniejszych latach, za czasów Królestwa Kongresowego też takich wieszano.

Złodziei często karali sami poszkodowani, czasem wręcz nieludzko; zdarzały się nawet śmiertelne pobicia. Nieraz wystarczyło tylko podejrzenie.

Indagowany przez śledczego 18-letni pomocnik ludwisarza twierdził, że dlatego przyznał się do kradzieży zegarka kamerdynerowi, iż go stróż i stangret; „założywszy postronek na szyję do słupa przywiązali i wymagając koniecznie po mnie, abym powiedział, żem skradł zegarek, świecą rozpaloną po ustach i po ciele parzyli, przez co mi znaczną dziurę w nodze wypalili i przyprawili o to, że przez takowe w ustach świecą palenie mi i od stryczka na szyi głośne mówienie straciłem”. Nie miał więc innego wyjścia i przyznał się, chociaż – jak się zażegnywał – nigdy nie był w pokoju, z którego zginął czasomierz.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze