„Rzeczpospolita” z 15 sierpnia 1929 r. liczbę narkomanów zażywających kokainę, morfinę, opium i eter szacowała na ok. 15 tysięcy w samej tylko Warszawie. W latach późniejszych liczba narkomanów w stolicy jeszcze się zwiększyła.

Co na ten temat sądziła prasa? Jak problem narkomanii odbijał się w ustawodawstwie i na sądowych wokandach? Jakie na tym tle były głośne procesy?

O morfinomanii (jak wówczas mówiono), stołeczna prasa donosiła po raz chyba pierwszy w połowie XIX wieku, raczej półsłówkami i aluzyjnie, co nie znaczy, że problemu wówczas nie było; nie w pełni zdawano sobie jednak sprawę z jego wagi. O zjawisku tym „na szczęście u nas jeszcze rzadkim” pisał kronikarz „Kłosów” w 1884 roku (nr 995); poczynił też uwagę, że na tle morfinomanii we Francji i Anglii popełniane bywają zbrodnie.

„Morfina szczególnie dla kobiet jest zastępczynią gorzałki lub wschodniego haszyszu” – twierdził z kolei felietonista „Tygodnika Ilustrowanego” parę lat później (1887 nr 242) i przestrzegał, że „kto tej truciźnie zaufał, kto jej używanie nałogiem zrobił, ten kończy życie przekleństwem do ostatniego jej haustu”.

„Skąd osoby dotknięte nałogiem biorą truciznę?” – pytał felietonista i odpowiadał sugestią: „Czy może udawało się im znajdować usłużną medycynę, która dla dobrego zarobku gotowa była dać wszystko, co się znajduje w łacińskiej kuchni? Kwestia ważna dla zdrowotności publicznej i łączy się z całym tłumem możliwych nadużyć aptekarskich” – tak kończy się ten dający wiele do myślenia passus w przeglądzie tygodnia. Z innych notatek prasowych wynika, że przedsiębrano wówczas kroki, by uniemożliwić przenikanie w niepowołane ręce narkotyków „z łacińskiej kuchni”, wyposażając apteki w specjalne szafeczki.

W tym okresie Warszawą wstrząsnęła zagadkowa zbrodnia, którą zrozumieć można jedynie w tym kontekście. Popełniono ją pod wpływem narkotycznego głodu, z czego ówcześni sprawozdawcy sądowi zdawali sobie sprawę w niewielkim tylko stopniu. Prus w swojej cotygodniowej kronice nawet nie dostrzegł problemu, mimo że przychodził na proces i pisał o nim dość dużo.

Zbrodnia ta wydarzyła się 12 maja 1889 roku. Rankiem tamtego dnia Bogusława Brzezicka, czterdziestoczteroletnia żona emerytowanego inżyniera kolei terespolskiej udała się na ulicę Wspólną 10, gdzie mieszkała bogata wdowa po fabrykancie noży – Józefa Gerlachowa trudniąca się lichwą. Brzezicka już przedtem kilkakrotnie pożyczała od niej pieniądze.

W sprawozdaniach ze sprawy podkreślano, że gdyby Brzezicka po zabójstwie Gerlachowej i splądrowaniu jej mieszkania zdołała je opuścić – nikomu nie przyszłoby do głowy, że to ona może być morderczynią. Tak się jednak nie stało. Ofiara musiała się bronić, zanim padła po 14 uderzeniach młotkiem w głowę. Zabójczyni spokojnie umyła ręce i zaczęła systematycznie przeszukiwać mieszkanie. Znalazła kilka tysięcy rubli i zamierzała ukradkiem wyjść. Za drzwiami już jednak na nią czekano, gdyż służącą z lokalu położonego pod pokojem Gerlachowej zaniepokoiły dochodzące stamtąd jęki i łoskot.

Śledztwo wykazało, że Brzezicka nie tylko zamordowała i obrabowała Gerlachową, ale nadto wyłudziła pewne kwoty, fałszując na wekslach podpisy czterech osób. Przed sądem oskarżona przyznała się do wszystkiego, ale odmówiła wszelkich wyjaśnień.

Wątek „romansowy” nie znajdował żadnego potwierdzenia. Nie wyjaśniono, dlaczego Brzezicka wynajmowała garsonierę na mieście, ani przeznaczenia flaszeczki z opium, ani fajeczki, które to przedmioty tam właśnie znaleziono. „Zagadka obyczajowa, psychiczna czy może tylko fizjologiczna” – pytał Wiktor Gomulicki w sprawozdaniu sądowym wydrukowanym w „Kraju” (1893 nr 5); charakteryzując zaś oskarżoną użył znamiennego zwrotu, że była „omotana w sieć, która jej wszelki swobodny ruch duszy uniemożliwiała”. Gdyby miał na myśli chorobę psychiczną, napisałby wyraźnie, a nie posługiwał się aluzjami.

Biegli zwrócili uwagę na sprzeczności cechujące Brzezicką, która mdlała na widok zarzynanego kurczaka, a z rozmysłem i zupełną obojętnością dokonała tak makabrycznej zbrodni. „Wykazuje ona – stwierdzili – silne zboczenie, jeśli nie zwyrodnienie władz psychicznych”. W konkluzji uznali ją za histeryczkę w najsilniejszym znaczeniu tego terminu medycznego i uznali, że w pewnym momencie mogła działać bezwiednie choć przytomnie.

Dyrektor „szpitala dla obłąkanych” – będący jednym z biegłych – potwierdził opinię kolegów, dostrzegając u podsądnej „stan zwyrodnienia organicznego pod formą wielkiej neurozy (histeria magna)”.

Sąd, po dwugodzinnej naradzie, ogłosił wyrok: po pozbawieniu wszelkich praw 10 lat ciężkich robót, a potem osiedlenie do końca życia na Syberii. Wyrok ten zatwierdziła Izba Sądowa, nie wnikając już za bardzo w tło zbrodni. „Zagadka fizjologiczna” pozostała zagadką, a w toku procesu wątek „narkomański” zlekceważono zupełnie.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze