Klientów nazywała „przyjaciółmi” lub „rodziną”, a była to rodzina iście królewska. Należeli do niej najpotężniejsi, najsławniejsi i najbogatsi mężczyźni świata. „To takie ekscytujące – zobaczyć milionera czy głowę państwa proszącego głosem małego chłopca o tę jedną jedyną rzecz, którą tylko ty możesz mu dać…”, wzruszała się Claude.

 

Do takich „małych chłopców” należeli na przykład obaj mężowie Jacqueline Kennedy, tyle że John Fitzgerald Kennedy nieśmiało prosił o „podobną do Jackie, tylko gorętszą”, Onassis natomiast nie myślał o żadnych substytutach, wparowywał po prostu ze swoją kochanką Marią Callas i życzył sobie takich rzeczy, na myśl o których nawet Claude się rumieniła. Dziedzic fortuny Elie de Rothschild lubił zabierać „łabędzice” na podniebne loty swoim prywatnym odrzutowcem, a szef Fiata Gianni Agnelli spoglądał w niebiosa, gdy po całonocnej orgii zabierał zmęczoną gromadkę na poranną mszę. Nieco mniej wyszukane potrzeby mieli Marlon Brando, Rex Harrison, Muammar Kaddafi i szach Iranu, chociaż ten ostatni realizował je w ilościach hurtowych, zamawiając stałą dostawę „łabędzic” w każdy piątek. Nie bez przyczyny Claude zaordynowała, by każda z nich zawsze miała w pogotowiu spakowaną walizkę, koniecznie od Louisa Vuittona.

Wiedziała, że jej klienci nie muszą kupować sobie kochanek, mogą ich mieć na pęczki zupełnie za darmo. Tutaj chodziło o jakość. „Moi klienci nie płacą za seks, oni płacą za elitarne doświadczenie”, mówiła. Zamiast miniówek w panterkę woleli zdejmować z dziewczyn suknie od Chanel, a po wszystkim oddać się subtelnej rozmowie o literaturze w trzech językach. Claude zresztą radziła dziewczynom, by bacznie przysłuchiwały się, co w chwili zapomnienia mruczą im do uszka mafiosi czy parlamentarzyści. Poufne informacje były cenną kartą przetargową w zabezpieczeniu „łabędzich” interesów.

 

Brzydkie kaczątko

Do interesów Claude miała głowę jak mało kto, i to chyba jedyne, co wiadomo o niej na pewno. Oprócz tego, że przyszła na świat w 1923 roku jako Fernande Grudet.

Na swój temat zdradzała niewiele informacji, a i te prawdopodobnie nie były prawdziwe: miała być córką arystokraty, w młodości pobierać nauki w elitarnej przyklasztornej szkole, potem walczyć bohatersko we francuskim ruchu oporu – uratowała podobno siostrzenicę samego Charlesa de Gaulle’a – a po zakończeniu wojny… utrzymywać się ze sprzedaży Biblii.

Ci, którzy nie wierzą w jej arystokratyczne pochodzenie, mówią, że była córką biednego gońca, który zmarł, gdy miała 18 lat. Co robiła podczas wojny? Trudno powiedzieć. Niektórzy wspominają, że godzinami opowiadała o obozowym koszmarze w Ravensbrück, który przetrwała dzięki romansowi z niemieckim doktorem. Inni potwierdzają, że widzieli numer wytatuowany na jej nadgarstku. Tyle że numery tatuowano wyłącznie w Auschwitz.

W branży zaczęła działać tuż po wojnie. Najpierw sama stała na ulicy, ale zauważyła, że klientów zgarniają jej wyższe i ładniejsze koleżanki. Uznała więc, że lepiej zarobi, zarządzając raczej cudzą niż własną pracą. Od wychodzącej za mąż koleżanki przejęła zarządzanie domem uciech, powoli przekształcając go w „najdoskonalsze przedsięwzięcie związane z seksem w historii ludzkości” – wedle określenia jednego ze słynnych klientów.

Sama nie znosiła seksu i była zadowolona, gdy w pewnym wieku mogła z niego zupełnie zrezygnować. Podobno spojrzała na siebie w lustro i powiedziała: „Obrzydlistwo. Ludzie po czterdziestce nie powinni uprawiać seksu”, co nie znaczy, że miała o sobie złe zdanie. „Nie lubię brzydkich ludzi, chyba dlatego, że sama byłam kiedyś brzydka. Teraz, gdy jestem stara, jest dużo lepiej”, konstatowała. Obsesyjnie dbała o swój wygląd, jadła tyle, co nic, nosiła dyskretne, eleganckie doskonale skrojone stroje od znanych projektantów, zoperowane miała wszystko oprócz piersi, a zaprzyjaźniony fryzjer codziennie otwierał swój salon o 8.30 specjalnie dla niej. „Najlepszym sposobem, by otoczyć się pięknem, jest wykreować je samodzielnie. Dzięki temu, czym się zajmowałam, znałam kilku niezwykłych i fascynujących mężczyzn. Kilka niezwykłych kobiet też, ale to było mniej ciekawe, ponieważ osobiście je stworzyłam.” W tym samą siebie.

 

„Łabędzice”

Prawdziwie niezwykłej kobiety nie można było jednak stworzyć z byle gęsi, chociaż nikt nie wiedział, w kim Claude dostrzeże materiał na „łabędzicę”. Jej przyjaciółka z czasów, gdy Madame jeszcze miewała jakieś przyjaciółki, wspomina, jak to kiedyś przedstawiono jej dwie pracujące dla niej dziewczyny – jedna, jak zwykle, była olśniewająca, druga za to wyglądała „jak szczur”. „Później spotkałam tę drugą w wydaniu wieczorowym – nawet jej nie poznałam. Była nawet wspanialsza, niż ta pierwsza.

 

Claude trudniła się „sztuką” poddawania kobiet licznym metamorfozom. W większości jednak szeregi łabędzic zasilały modelki i niespełnione aktorki, ale zdarzały się też olśniewające, acz znudzone żony bogatych mężów czy studentki szukające wrażeń. Raz podobno zgłosiła się nawet pewna wyrafinowana profesor Sorbony (popracowała tylko tydzień, ale tak zachwyciła klientów, że przez kolejny rok wydzwaniali w jej poszukiwaniu).

„Claudetki” były czesane, malowane, ubierane, edukowane. Nierzadko w ruch szedł skalpel. Madame zapłaciła za niezliczoną ilość zmniejszonych nosów, powiększonych piersi, wyrównanych zębów, wygładzonych zmarszczek – oczywiście a conto przyszłych wpływów. Były inwestycją nie gorszą niż konie wyścigowe, i tak też były przez Claude traktowane. Podczas wstępnego castingu – miesięcznie zgłaszało się nawet 20 nowych dziewczyn – Madame zaglądała im w zęby i kazała się rozbierać, w międzyczasie wysypując na stół zawartość ich torebek, które jej zdaniem stanowiły odbicie charakteru właścicielki. Pytała o edukację, a w razie wątpliwości przepytywała: jaka jest najdłuższa rzeka w Europie? Jaki jest wzór chemiczny wody? Kto był żoną Ludwika XIV? To, co ukryte było pod ubraniem, zawsze umiała przewidzieć sama: „Czasem widzę piękną dziewczynę, ale wiem, że pod spodem to katastrofa”.

Była tylko jedna rzecz, której nie mogła sprawdzić osobiście… Dobrze zapowiadająca się dziewczyna była więc kierowana na ostateczny „egzamin” do jednego z zaufanych przyjaciół Madame, którzy po wszystkim zdawali jej relację. „Oczywiście płacili normalną stawkę”, uśmiechała się Claude, a te, wedle dzisiejszego przelicznika, w 1977 roku prezentowały się następująco: 300 dolarów za popołudnie, 600 za wieczór i 1000 za cały dzień. Weekendy podlegały negocjacji. Pobierała 30 procent zysków: „Oszukiwałyby, gdybym brała więcej”, mówiła, a prezenty, takie jak biżuteria od szacha Iranu czy wykonywane „tuż po” szkice Marca Chagalla pozwalała zatrzymywać.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze