Warszawa pod koniec XIX wieku była bardzo zatłoczona pojazdami. Władze carskie bowiem nie pozwalały, by miasto rozrastało się poza ściśle określone granice: cytadelę od północy i fortyfikacje od strony południowej; niewielkie też możliwości stwarzano od zachodu.

Ludności natomiast ciągle przybywało: na początku lat trzydziestych XIX wieku było jej w Warszawie blisko 150 tysięcy, w latach siedemdziesiątych – 270, a tuż przed pierwszą wojną światową – liczba mieszkańców wynosiła około 900 tysięcy.

Ciasnota na ulicach, kawalerska jazda dorożkarzy oraz stangretów, nieprzestrzeganie przepisów przez wszystkich powożących, były przyczyną narastającej liczby wypadków drogowych. Łamano ciągle nawet zasady podstawowe.

„Bez względu na ustanowiony od dawna porządek, wedle którego każdy jadący ulicą ekwipaż trzymać się winien prawej strony – sierdził się w 1865 roku na łamach „Kuriera Warszawskiego” (nr 72) generał-major baron Płaton Frederiks, oberpolicmajster warszawski – dostrzegać się daje, że szczególniej powozy należące do osób prywatnych nie zachowują tego porządku, skutkiem czego stojący na swych stanowiskach policjanci, bywają często najeżdżani, ulegając niekiedy kalectwu. Dla zapobieżenia temu, zniewolony jestem uprzedzić mieszkańców, że winni niezastosowania się do zaprowadzonego porządku jazdy, pociągnięci zostaną do surowej odpowiedzialności”.

 

Niejednokrotnie nad tym stanem rzeczy ubolewali felietoniści najpoważniejszych gazet. Adwokat Edward Leo, który długo mieszkał w Berlinie, a także dobrze znał Brukselę i Paryż, bardzo wyrzekał w 1874 roku na „cyrkulację powozów i fur” w Warszawie. „We wszystkich miastach – oburzał się na łamach „Gazety Polskiej” (nr 58) – silnie przestrzega się jazdy po jednej stronie ulicy w każdym kierunku; i tak iż zatamowanie chwilowe nastąpić może tylko przy zbiegu ulic i przy nadzwyczajnym tłoku powozów. U nas przeciwnie, każdy furman, każdy chłop wiozący drzewo uważa się za pana ulicy; zdaje mu się, że jedzie sobie przez pola i dlatego trzyma się środka (skąd my to znamy – przyp. red.). Upuści bat, orczyk mu się odepnie, koń przestąpi przez powróz, spotka kuma, z którym zechce pogadać, staje sobie na środku najspokojniej; nic go to nie obchodzi, że na lewo i na prawo zatrzymują się przejeżdżający, że nie mogą się z miejsca ruszyć, że mu wymyślają – znosi to wszystko ze stoicyzmem, bo go to nic nie obchodzi”.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze