W piątek wieczorem straż pożarna i policja pojawiły się na posesji Bożeny Kulickiej. W domu kobiety wybuchł pożar. W tym czasie pani Kulicka była sama, na szczęście jeszcze nie spała i zachowała trzeźwość umysłu, dzwoniąc po strażaków.

Policjanci zabrali przerażoną kobietę do komisariatu, aby spisać wyjaśnienia. Na szczęście właścicielce domu nic się nie stało.

 

Okazało się, że nawet zdołała spakować do walizki najcenniejsze przedmioty i wyrzucić ją przez okno. Dopiero potem sama uciekła. Czekając na straż zataszczyła walizkę do samochodu, co potem tłumaczyła tym, że bała się, aby ktoś przypadkowo nie najechał na ocalone resztki dobytku. Jej wizyta w komisariacie trwała długo, ponieważ kobieta raz po raz przerywała słowa wybuchając płaczem.

 

Bożena Kulicka rzeczywiście miała ostatnio pecha. Poważne problemy z sercem zakończyły się wszczepieniem jej rozrusznika, a teraz jeszcze ten pożar… Komisarz Milewicz doskonale rozumiał zdrowotne perypetie kobiety, jego ojciec miał podobne, ale w odróżnieniu od niej miał się nim kto opiekować. Tymczasem Kulicka mieszkała sama, jej córki studiowały w innym mieście, a mąż zmarł kilka lat wcześniej.

 

Okazało się też, że dom pani Bożeny był ubezpieczony i można było liczyć, że nie zostanie bez grosza. Policjantów zdziwiła bardzo wysoka stawka ubezpieczenia jaką uiszczała chora kobieta. Wydawało się im nawet, że wartość domu była nieco przeszacowana, ale w tej sytuacji takie zabezpieczenie było jak znalazł.

Kulicka tłumaczyła, że problemy z sercem i operacja uzmysłowiły jej, że o pewnych rzeczach trzeba myśleć wcześniej. – Straciłam męża, zdrowie, bałam się, że stracę dom – podsumowała Bożena Kulicka. – Na szczęście moje córcie mają się doskonale, dobrze im idzie na studiach.

Policjanci razem ze strażakami próbowali ustalić, jak doszło do pożaru. Kulicka sugerowała, że dom był stary, więc pewnie doszło do jakiegoś zwarcia. Kobieta nie miała wrogów. Nienajlepsze stosunki miała jedynie z jednym z sąsiadów, z którym mieszkała przez płot. Mężczyzna, Zygmunt Nóżka, był już emerytem, zajmował się uprawianiem ogrodu i „monitorowaniem” życia sąsiadów. Z Kulicką nie rozmawiał od czasu kiedy kobieta zarzuciła mu „podlewanie” jej krzewów czymś, od czego miały usychać. Sąsiad miał na swojej posesji skleconą z resztek szklarnię w której uprawiał warzywa i bardzo mu było nie w smak, kiedy zdegustowana nieestetycznym widokiem Kulicka posadziła krzewy wzdłuż swojego płotu. Zamaskowała tym mało atrakcyjny widok, ale jednocześnie zabrała słońce rosnącym w szklarni warzywom. Zygmunt załatwiał więc sprawę po swojemu. Kulicka za rękę go nie złapała, ale swoje wiedziała. Przesłuchiwany przez policję Zygmunt Nóżka wymownie popukał się w czoło opowiadając o sąsiadce, a w gniew wpadł dopiero, kiedy komisarz Milewicz zapytał go, czy ma coś wspólnego z podpaleniem.

– Ta wredna jędza tak powiedziała? Pewnie sama doprowadziła do pożaru, ciągle tylko świeczki w domu pali. Romantyczka jedna! Może przyjmuje potajemnie jakiegoś kochasia – ironizował Zygmunt Nóżka,  nieczuły na nieszczęście sąsiadki.

Policja przesłuchała w sprawie jeszcze kilka osób. Pojawiał się nawet  wątek Zygmunta i Kulickiej. Ktoś powiedział, że swego czasu mężczyzna patrzył łakomym okiem na sąsiadkę, ale ona nie miała zapędów ogrodniczych, więc się nie dogadali.

Po kilku dniach dochodzenia mundurowi ustalili przyczynę pożaru.

Na jakiej podstawie policjanci ustalili, jak doszło do pożaru?

Rozwiązanie zagadki na kolejne stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze