Jurczyce to sporej wielkości wieś, położona niedaleko podkrakowskiej Skawiny. Większość gospodarstw, a jest ich prawie 200, położona jest na wzniesieniach, które górują nad doliną rzeki Skawinki. Od południa roztacza się stąd widok na Las Wolski, Górę Lanckorońską, a przy dobrej pogodzie nawet na Babią Górę.

O każdej porze roku można tu podziwiać piękne krajobrazy, jednak okolica ta jest raczej omijana przez turystów, tak licznie odwiedzających pobliski Kraków. Z dziejami wsi związany jest ród Hallerów, z najbardziej znanym jej przedstawicielem, gen. Józefem Hallerem, naczelnym wodzem „Błękitnej Armii”.

Od wielu dziesięcioleci życie płynie tu cicho i spokojnie. Dzieciaki chodzą do szkoły, coraz mniej ludzi utrzymuje się z rolnictwa, coraz więcej zarabia na utrzymanie w Krakowie albo wyjeżdża do pracy w Europie. Pewnie mało kto pamiętałby w ogóle nazwę tę miejscowości, gdyby nie potrójne zabójstwo, do jakiego doszło tutaj we wrześniu 2000 roku. To najbardziej zagadkowa sprawa, którą próbują rozwikłać najlepsi dochodzeniowcy z małopolskiej policji. Co pewien czas pojawiają się w niej nowe tropy, niemniej do tej pory nie doprowadziły one do zabójców. Jakby mało było zagadek w tej spawie, mimo upływu lat nie udało się do końca poznać motywu potrójnej zbrodni.

 

Egzekucja na piętrze

Zwłoki 44-letniej Barbary K. znalazł jej znajomy, który umówiony był z nią w interesach na sobotni poranek.

     – W ostatnich dniach i ja, i ona byliśmy dość zajęci – zeznał jeszcze na miejscu zbrodni Mariusz Z. – To Basia zaprosiła mnie na poranną kawę. To była bardzo dobra pora, aby spokojnie porozmawiać. Przyjechałem zgodnie z umową, zaparkowałem samochód na poboczu. Wcisnąłem dzwonek przy furtce, ale nikt nie wychodził. Wiedziałem, że z tyłu domu jest drugie wejście, często niezamykane. Tamtędy wszedłem na podwórko. Samochód Barbary stał przed garażem, więc byłem przekonany, że jest w domu. Zastukałem do drzwi wejściowych, nikt nie odpowiadał. Machinalnie nacisnąłem na klamkę, drzwi ustąpiły, wszedłem do środka. Usłyszałem grające radio, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że gospodyni krząta się po domu. – Barbara, Barbara – zawołałem, jednak nikt nie odpowiadał. Nie wiem dlaczego, ale pojawiła się u mnie myśl, że mogło jej się stać coś złego. Zacząłem chodzić po pomieszczeniach, by zrozumieć, co tu się stało. W salonie na parterze stały filiżanki z częściowo wypitą kawą albo herbatą i talerzyk z ciasteczkami. Wyglądało to tak, jakby siedzący przy stole ludzie mieli zaraz wrócić. Wszedłem na piętro domu. Łudziłem się, że tam uda się rozwikłać tę zagadkową sytuację. Otworzyłem drzwi do łazienki. Tego widoku nie zapomnę pewnie do końca życia. Na podłodzie leżały trzy ciała: Barbary i dwóch mężczyzn. W pierwszym momencie wyglądało to tak, jakby zatruli się czadem. Zaskoczyło mnie od razu, co cała trójka robiła jednocześnie w tym ciasnym pomieszczeniu. Przyjrzałem im się dokładniej, bo w pomieszczeniu panował półmrok. Wtedy dojrzałem ślady krwi. Od razu domyśliłem się, że zostali zamordowani.

Nie było wątpliwości, że cała trójka nie żyje. Już na pierwszy rzut oka widać było, że zostali zastrzeleni z broni palnej. Wyglądało to na wykonaną z zimną krwią egzekucję.

Kilkanaście minut później w podkrakowskiej wiosce pojawiły się policyjne radiowozy. Małopolscy policjanci nie pamiętali, by kiedykolwiek w okolicach w jednym miejscu zastrzelono trójkę ludzi. Z pierwszych ustaleń wynikało, że śmiertelne strzały padły w miejscu, gdzie znaleziono ciała denatów.

Zabójcy musieli posługiwać się bronią z tłumikiem, bowiem żaden z mieszkańców wsi, nawet ci, mieszkający 30 metrów obok, nie słyszał odgłosów strzałów.

Śledczy początkowo mieli problemy z rozszyfrowaniem, kim jest mężczyzna, którego ciało znaleziono wraz z domownikami. Jednak i ten wątek udało się szybko rozwikłać. 30-letni Leszek W. przyjechał do Jurczyc w piątkowy wieczór porozmawiać o kupnie krakowskiego mieszkania Waldemara J. – konkubenta Barbary W. Według policji kobieta i dwójka mężczyzn siedziała w salonie przy kawie i ciastkach, kiedy w mieszkaniu pojawili się napastnicy. Nie wiadomo, czy gospodarze dobrowolnie otworzyli im drzwi i czy wcześniej ich znali. Ponieważ ani przy drzwiach wejściowych, ani przy oknach nie było jakichkolwiek śladów manipulowania, wszystko wskazuje na to, że zabójcy weszli przed drzwi wejściowe. Przebiegu dalszych zdarzeń nie udało się odtworzyć. Nie wiadomo nawet, o której godzinie rozegrał się dramat. Według lekarzy śmierć całej trójki nastąpiła pomiędzy godziną 19-21. Napastnicy najprawdopodobniej zaprowadzili całą trójkę do niewielkiej łazienki na piętrze i tam zabili ich strzałami w tył głowy.

W Polsce posiadanie broni palnej jest rzadkością. Z praktyki policyjnej wynika, że zabójstwo z jej użyciem jest niemal zawsze dowodem premedytacji albo tego, że rozwój wydarzeń wymknął się sprawcom spod kontroli. Typowe rabunki, w których przestępca gotów jest użyć broni palnej, wciąż nie są częste, choć i one się zdarzają. Potrójnego zabójstwa w Jurczycach ponad wszelką wątpliwość nie dokonano na tle rabunkowym.

To wyglądało jak typowa egzekucja – opowiadali we wrześniu 2000 roku krakowscy policjanci. – Mordercy byli wyjątkowo bezwzględni. W domu nie było żadnych śladów szamotaniny ani plądrowania pomieszczeń. Nie wiadomo, jak tu się dostali, nie wiadomo, czym odjechali. Nikt ich nie widział, nie słyszał. Jednym słowem: szukaj wiatru w polu.

 

Miała dobrą rękę do interesów

Dom Barbary K. był jednym z najładniejszych w okolicy i już z daleka widać było zamożność właściciela. Piętrowy, rozłożysty budynek otoczony był zadbanym ogrodem. Pięknie przystrzyżony trawnik z zielonymi krzewami zdradzał fachową rękę ogrodnika. Wyłożony kostką elegancki podjazd prowadził pod wejście.

Właścicielka domu sprowadziła się do Jurczyc w połowie lat 80. ubiegłego stulecia (wcześniej mieszkała w jednej z okolicznych wiosek). Kupiła dom w stanie surowym i przez kilka lat rozbudowała go do jednego z ładniejszych w okolicy. Z sąsiadami nie utrzymywała zbyt zażyłych kontaktów. Ograniczała się od zdawkowego „dzień dobry”. Żyła własnym życiem, trochę na uboczu codziennych problemów miejscowej społeczności, choć jeśli trzeba było pomóc w jakichś pracach, zawsze można było na nią liczyć. Jeśli nie na bezpośrednią pomoc, to przynajmniej na wkład finansowy.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze