Zuzanna P. wstała tego dnia jak zwykle o 6.05. Jak zwykle wypiła na stojąco poranną kawę, założyła dres i ruszyła na stałą trasę: do końca ulicy, skręt w prawo, przy trzeciej przecznicy znów w prawo, następnie bieg wokół skweru, przez park i powrót na „swoją” ulicę na przedmieściach Wrocławia. Cała trasa, łącznie z gimnastyką w parku, zabierała wysportowanej dziewczynie niespełna godzinę. Zostawało jej więc wystarczająco dużo czasu, by wziąć prysznic, zjeść śniadanie, zrobić makijaż i zdążyć dojechać do pracy na godzinę 9 w centrum miasta. Tego dnia jednak musiała jeszcze wstąpić na osiedlową pocztę, więc spieszyła się bardziej, niż zwykle.

Zuzanna nie lubiła chodzić na pocztę. Zawsze trafiała na jakieś kretyńskie kolejki i nawet nie było wiadomo, kogo za nie winić: panie po drugiej stronie okienka wcale się przecież nie ociągały. Przyglądała się im nieraz i była pewna, że ktoś mocno się natrudził, aby maksymalnie skomplikować ich pracę.

Ale dziś było inaczej. Weszła na pocztę wcześnie, zaraz po ósmej. Na poczcie, oprócz jakiejś staruszki, nie było żywego ducha. Zuzanna nadała swoją paczkę i już miała wychodzić, gdy do pomieszczenia wtargnęli dwaj zamaskowani mężczyźni.

Nie można było mieć wątpliwości, że to brutalny napad rabunkowy. Obaj byli w kominiarkach, jeden ściskał w ręku czarną torbę, a drugi wymachiwał pistoletem.

– Pod ścianę! – krzyknął ten z bronią, wskazując na Zuzannę i staruszkę. – A wy – zwrócił się do kasjerek – wykładać forsę!

Zuzanna posłusznie stanęła pod ścianą i uważnie przyglądała się napastnikom. Byli nieźle wystraszeni – pewnie taki numer odstawiali pierwszy raz w życiu. Ten z bronią nie wyglądał na Herkulesa, a jego kompan był wręcz chuderlawy.

Kasjerki trzęsącymi się rękoma wyjmowały na ladę banknoty, które młodszy z napastników chciwie zgarniał do torby.

Od młodszego z bandziorów dzieliło Zuzannę pięć, może sześć kroków. Starszy był znacznie bliżej – zaledwie o dwa kroki. Niecierpliwie poganiał wspólnika mierząc z pistoletu w stronę kasjerek.

Zuzanna spięła się w sobie, gotowa w każdej chwili wykonać ruch, jaki wielokrotnie ćwiczyła na lekcjach karate. To było jednak ryzykowne. Bandyta trzymał w ręku pistolet. Zuzanna nigdy nie widziała broni z bliska. Pistolet mógł być prawdziwy. Jeśli popełni błąd, bandyta zdąży wystrzelić.  Rana postrzałowa to rzecz bardzo niemiła i Zuzanna nie miała zamiaru bezsensownie się narażać.

Czekała więc cierpliwie na rozwój akcji. Młodszy z napastników przesunął się nieco i drżącymi rękoma zgarniał teraz pieniądze z drugiego okienka. Jeszcze kilkadziesiąt sekund i bandyci zwieją razem z łupem…

I wtedy zaskrzypiały drzwi. W drzwiach poczty stanęła jakaś dziewczyna.

Bandyta z bronią odwrócił się w jej stronę. Był zdezorientowany i wściekły. Ręka z pistoletem na chwilę przesunęła się w bok, w kierunku okna. To była dla Zuzanny okazja, jakiej nie mogła zmarnować.

Bandzior nie zdążył wycelować. Zuzanna była szybsza. Za chwilę leżał już na ziemi, z wykręconymi do tyłu rękoma. Zanim młodszy z bandytów zorientował się, co się stało, Zuzanna już trzymała pistolet w ręku.

– Oddawaj forsę i to migiem – warknęła.

Bandyta nie posłuchał. Nie bał się pistoletu – wiedział, że broń jest tylko atrapą. Nie odważył się jednak ratować kumpla, lecz rzucił się do ucieczki razem z łupem. Zuzanna dopadła go tuż przy drzwiach. Wystarczyło kilka ruchów, by powalić chudzielca i odzyskać torbę. Ale już znowu zmierzał ku niej ten starszy i silniejszy. Dwóm na raz mogła nie dać rady.

– Zwiewaj gówniarzu – syknęła.

Smarkacz na szczęście nie czekał na dalszy rozwój wypadków i zniknął za drzwiami. Zuzanna po raz drugi szybko uporała się ze starszym napastnikiem.

– Macie tu jakiś sznurek? – spytała kasjerek, które gapiły się na nią jak na kosmitę.

Dopiero teraz zerwały się z miejsca. Jedna pobiegła na zaplecze, druga guzdrała się, szukając sznurka.

– Może być? – z daleka pokazała Zuzannie zwitek szarego sznurka.

Zuzanna skrzywiła się.

– Może wystarczy.

Wprawnie związała bandytę i rozejrzała się po poczcie, zadowolona ze swojego dzieła.

Staruszka wciąż stała pod ścianą, jak sparaliżowana. Gdzie podziała się ostatnia klientka, Zuzanna nie miała pojęcia.

– Zajmijcie się tą panią – Zuzanna wskazała na staruszkę. – I schowajcie pieniądze. Aha, niech pani weźmie jeszcze to – dorzuciła na ladę atrapę pistoletu.

Z zaplecza wynurzyła się kierowniczka poczty.

– Zaraz będzie tu policja!

Była równie roztrzęsiona, jak jej koleżanki. Drżącymi rękoma zamknęła drzwi wejściowe i oparła się o nie, jakby bała się upaść.

Policjanci byli widocznie niedaleko. Słychać już było wycie syreny. Po chwili pojawili się na poczcie. Kasjerki nie były w stanie ruszyć się z miejsca. Po raz drugi w ciągu kwadransa widziały wymierzoną w siebie broń.

Na widok związanego w snopek bandziora stróże prawa powoli opuścili broń.

– Co się tutaj właściwie stało? – zapytał wyższy z policjantów.

– Nic takiego. Pieniądze są tutaj, a drugi bandzior zwiał. Jakbyście się panowie pospieszyli, to go dogonicie, bo na sprintera to on nie wyglądał – zakpiła Zuzanna.

Policjanci nie kwapili się do pościgu.

– Wystarczy nam ten – wskazali na leżącego. – Widać, że to amator i partacz. Za godzinę wyśpiewa, kto jest jego wspólnikiem.

Policjanci nie mylili się. Co prawda nie po godzinie, lecz dopiero po dwu godzinach, Lucjan F., 22-letni mieszkaniec Wrocławia, podał personalia i adres drugiego napastnika. Jeszcze tego samego dnia 19-letni Arkadiusz M., uczeń maturalnej klasy technikum, znalazł się również pod kluczem. Obaj kumple umyślili sobie wyjechać na wakacje do Meksyku i właśnie w ten sposób chcieli zdobyć na ten cel pieniądze. Wygląda jednak na to, że ich turystyczne plany zawiodły na całej linii.

Laura Smokowicz

Personalia i niektóre szczegóły zostały zmienione.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze