Byli sobie – niczym w bajce – dwaj bracia. Jeden dobry i szlachetny, drugi zły, zawistny i podstępny. Tak przynajmniej wynika z lektury akt sądowych. Dobry brat kochał ludzi, brzydził się krętactwem a cnoty te sprawiły, że dożył sędziwego wieku, pozostawiając po sobie pokaźny majątek w postaci kamienicy w reprezentacyjnej dzielnicy S.

Kontynuując lekturę sądowych dokumentów – wkrótce potem pojawił się na horyzoncie drugi brat. A gdy tylko się pokazał, nic już nie było tak jak wcześniej. Podstępem zagarnął nienależny mu majątek, przejął dom i zaprowadził w nim rządy strachu i niepewności. Wszystkich ze sobą skłócił. Taką wersję wydarzeń przedstawił główny świadek oskarżenia.

Główny przedmiot sporu to okazała kamienica w centrum S. Pięć kondygnacji, a każda po kilkaset metrów kwadratowych. Według bardzo ostrożnych szacunków obecnie budynek przedstawia wartość ponad 7 mln zł.

Na każdym z czterech pięter znajdują się lokale mieszkalne. Parter natomiast nieomal od zawsze był wynajmowany różnym firmom i instytucjom. Ogółem w kamienicy mieszka ponad setka lokatorów. Znaczną ich część stanowią ludzie w podeszłym wieku, od wielu lat zasiedzieli w tym miejscu. Doskonale znają historię domu.

W latach 70. i 80. XX wieku na parterze miała swoją siedzibę, a także ekskluzywny jak na owe czasy sklep, firma zajmująca się sprzedażą markowej odzieży damskiej. Było to ulubione miejsce spotkań nobliwych elegantek, różnych pań dyrektorowych i prezesowych, które nie tylko przychodziły tu żeby coś kupić, ale także (a może przede wszystkim) by sprawdzić co się nosi w obecnym sezonie.

Chciały pokazać, że należą do wybranej grupy, a przy okazji także poplotkować o znajomych i o wielkim świecie, którego namiastkę zafundowała im w tym miejscu panująca z woli ludu pracującego władza.

Mieszkańcy tak przyzwyczaili się do tego sklepu, że nawet wiele lat później, kiedy instytucja, która go prowadziła, przestała już istnieć, nadal używali starej nazwy. Z tego względu właściciel współcześnie funkcjonującej w tym miejscu firmy, rozważa możliwość powrotu do dawnej nazwy. Również wystrój wnętrz ma nawiązywać do minionej epoki.

Warto zauważyć, że tego rodzaju gra na sentymentach jest obecnie bardzo modna i w znaczącej mierze może przyczynić się do sukcesu finansowego takiego przybytku. Tym bardziej, że na parterze kamienicy w centrum S. nadal sprzedawane są eleganckie suknie, kostiumy damskie i dodatki.

 

* * *

Mniej więcej do połowy lat 90. właścicielem kamienicy był mieszkający na stałe za granicą (głównie w USA i w Szwajcarii) Franciszek R. Wyemigrował z Polski krótko po powstaniu warszawskim. Miał wówczas niewiele ponad 20 lat, a dom w S. był własnością jego ojca. O dziwo, po śmierci starszego pana władza ludowa nie przejęła kamienicy. Dokładnie nie wiadomo dlaczego nie podzieliła ona losu wielu innych nieruchomości, których przedwojenni właściciele w strachu przed represjami komunistów uciekli z Polski, pozostawiając swoje mienie.

Ponoć – ale to wersja, której nie sposób zweryfikować – kamienica w centrum S. pozostała w rękach dawnego właściciela dlatego, że przez pewien czas mieścił się w niej… posterunek milicji. Podobno pracującym tu funkcjonariuszom bardzo przypadły do gustu obiady jak również wysokoprocentowe napitki, serwowane im przez właściciela domu, który w ten sposób zaskarbił sobie życzliwość władzy na całe lata. Milicjanci nawet słyszeć nie chcieli, by domem miał zawiadywać ktoś inny. Wprawdzie wkrótce posterunek przeniósł się kilkaset metrów dalej, ale kamienica wciąż była „nie do ruszenia”. I tak już zostało.

 

Na początku lat 90. w czasach lawinowo postępującej prywatyzacji handlu i usług, przebywający za oceanem Franciszek R., człowiek mocno posunięty w latach i schorowany, otrzymał pewnego razu bardzo uprzejmy list od Krzysztofa K., mieszkańca S. Mężczyzna ów napisał, że jest przedsiębiorcą handlowym i w miejscu, gdzie przez wiele lat funkcjonował elegancki salon mody damskiej (czyli na parterze kamienicy pana Franciszka) chciałby uruchomić własną firmę. Także związaną z branżą odzieżową. Krzysztof K. w zamian za wynajem parteru obiecywał m.in. przeprowadzenie gruntownego remontu całej kamienicy.

Musiał zrobić korzystne wrażenie na Franciszku R., który zainteresował się tą propozycją. Niebawem obaj panowie spotkali się, uzgodnili szczegóły i przeprowadzili transakcję. Franciszek R. miał nigdy nie żałować podjętej decyzji. Krzysztof K. okazał się solidnym kontrahentem, regularnie płacił komorne i dbał o porządek wokół swojej firmy. Oprócz handlu odzieżą, zajmował się również działalnością charytatywną. Prowadził fundację, zbierającą środki na pomoc dla chorych dzieci.

 

* * *

Obaj panowie często kontaktowali się ze sobą telefonicznie i listownie. Franciszek R. parę razy był w rodzinnym mieście. Ze łzami wzruszenia w oczach patrzył jak jego zaniedbana kamienica za sprawą Krzysztofa K. odzyskuje swój dawny reprezentacyjny wygląd i swoją dawną świetność. Panowie zaprzyjaźnili się ze sobą i rozmawiali nie tylko o interesach. Dobiegający osiemdziesiątki Franciszek R. opowiadał czasami o swoim życiu, które wcale nie było usłane różami. Kiedyś zwierzył się Krzysztofowi K., że ma wielki żal do młodszego o kilka lat brata.

– Po tym jak zmuszony byłem wyjechać z Polski, Stanisław miał opiekować się naszą matką i resztkami majątku, który pozostał z dawnych czasów – mówił wiekowy dżentelmen. – Niestety, bardzo się na moim bracie zawiodłem. Prowadził rozrywkowy tryb życia, kompletnie nie zajmując się matką, która poważnie chorowała i wymagała stałej opieki. Kilka lat później zmarła w niedostatku…

Nie mogę się także pogodzić z tym, że Staszek wyprzedawał rodzinne pamiątki, by mieć na karty i hulanki. Co prawda usiłował mi wmówić, że chciał je zainwestować w złoto i kamienie szlachetne, lecz ja jestem pewien, że to nieprawda i że przepuścił wszystko na przyjemności.

– Doprawdy? – Krzysztof K. próbował bronić brata swojego przyjaciela, choć nigdy nie widział go na oczy. Nie lubił jednak nikogo osądzać, nie mając stuprocentowych dowodów winy. – Może rzeczywiście próbował szczęścia w interesach?

– Co takiego? Staszek i interesy? – żachnął się Franciszek R. – Zajmowanie się tak przyziemnymi sprawami było „poniżej jego godności”. On umiał tylko wydawać to co inni zarobili…

Stanisław R. był artystą plastykiem, ukończył akademię sztuk pięknych ale jako plastyk nigdy nie osiągnął znaczących sukcesów. Za to bardzo lubił opowiadać o swojej „artystycznej wrażliwości”.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze