Koniem nie wolno cwałować – taki właśnie sens miał pierwszy zakaz „prawa drogowego” wydany już w 1767 roku przez marszałka wielkiego koronnego.

Jego zadaniem była dbałość o bezpieczeństwo w miejscu pobytu króla, czyli w Warszawie. Stanowił on, „aby nikt z siły wypuszczonym w cwał koniem po ulicach nie biegał” pod zawrotną, jeśli wierzyć staranności przekazu, karą 100 grzywien! Jedna grzywna, co też było dużo w gramach srebra, przypadać miała delatorowi czyli oskarżającemu, który takiego „pirata drogowego” odstawił do marszałkowskiej jurysdykcji.

Był to, jak można sądzić, zakaz doraźny, wydany pod wpływem jakiegoś makabrycznego zdarzenia na wąskich ulicach miasta, gdy stratowaniu końskimi kopytami uległo kilka co najmniej osób naraz, a może dzieci. Takie wypadki nie należały do rzadkości, gdy kurierzy przewozili ważne wieści a konie, naglone ostrogami, ich poniosły.

Najbardziej szczegółowe rozporządzenie dotyczące ruchu ulicznego: „Obwołanie względem jeżdżenia po Warszawie” wydał 8 lutego 1781 roku marszałek wielki koronny Stanisław Lubomirski. Przypominało ono, że ruch kołowy może się odbywać tylko środkiem ulicy, a boki pod domami przeznaczone są dla pieszych. Regulowało też inne szczegółowe kwestie, ale nie wspominało, że pojazdy i jeżdżący mają się wymijać z prawej strony. W tym czasie była to, zdaje się, sprawa nieuregulowana: po prostu pojazdy wymijały się bądź z prawej, bądź też z lewej, jak im pasowało. Widać to zresztą na malowidłach z epoki: na obrazach Canaletta, które są jakby „fotografiami” z różnych miejsc Warszawy. Ruch uliczny na nich jest nieuporządkowany, a przechodnie chodzą jak im się podoba.

 

Austriackie gadanie

Następca Lubomirskiego na urzędzie marszałka, Michał Jerzy Mniszech rozporządzenia dotyczące ruchu ulicznego powtarzał wielokrotnie, nie bardzo jednak chyba wierzył w ich moc, skoro uznał, że każdy musi dbać o siebie. Apelował więc, „aby każdy pieszy środkiem ulicy chodzić nie ważył się (…) gdyż inaczej sprzeciwiający się teraźniejszemu zakazowi w przypadku obrażenia siebie, własnej nieostrożności zdarzenie to przypisać będzie musiał”.

Jak z tego widać, biurokratyczny styl do wyrażenia najprostszych myśli ma odwieczne tradycje. Tym bardziej zdumiewa zawiły język zarządzeń z tego zakresu, że były one nie tylko drukowane w gazetach; te umiejący czytać jakoś rozumieli, ale także ogłaszane na rogach ulic przy odgłosie trąb (tak czyniono co najmniej do powstania listopadowego!) przez niższych urzędników miejskich obdarzonych stentorowym głosem. Czy ludzie z gminu byli je w stanie zrozumieć? Jeśli coś trafiało do stangretów, to tylko to, że w razie łamania przepisów grożą im „kary osobiste”, jak w języku urzędowym określano chłostę. Groziła im zresztą aż do połowy lat sześćdziesiątych XIX wieku, gdy została zniesiona ukazem carskim.

Prusacy podczas krótkiego panowania w Warszawie kilkakrotnie przypominali w gazetach, że na ulicach obowiązuje ruch prawostronny (musiało być pod tym względem bardzo różnie), a także grozili karami „osobistymi” stangretom i jeźdźcom jeżdżącym galopem. W rozporządzeniu z 23 maja 1803 roku zostało określone, kto ma prawo interweniować w przypadku łamania przepisów drogowych: „tak iako i woyskowi tudzież Cywilni Urzędnicy upoważnieni są, wszelkie prędko poiazdem lub konno iadace osoby aresztować i na skaranie do Dyrekcyi Policyi oddawać lub tamże delatę (oskarżenie – SM) uczynić”.

 

Dodać warto, że pruskie rozporządzenia były pisane językiem zawiłym i jeszcze bardziej stawały się niezrozumiałe dla prostych ludzi niż te, które ogłaszali urzędnicy marszałka wielkiego koronnego.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze