Codzienne gazety szybko się dezaktualizują, jednak po wielu latach są cennym i ciekawym zapisem zdarzeń, obyczajów i problemów, jakimi żyli nasi poprzednicy. Zajrzyjmy do pożółkłych stron sprzed osiemdziesięciu lat, by sprawdzić, jakie sensacje, kryminały i afery zaprzątały głowę ówczesnych czytelników. Zachowaliśmy oryginalną pisownię i składnię, korekta niech nic nie poprawia! To wszystko zdarzyło się naprawdę w kwietniu 1936 roku!

Od kilkunastu lat kwiecień to ostatni miesiąc na składanie zeznań podatkowych. Nasi przodkowie nie znali wprawdzie PIT-ów, niemniej w kontaktach z ówczesnym fiskusem mieli inne problemy: Ministerstwo Skarbu wydało ostrzeżenie do izb skarbowych przed fałszywymi poborcami podatkowymi. W różnych miastach Polski pojawili się ostatnio nieznani osobnicy, którzy podając się za sekwestratorów, odwiedzają mieszkania płatników i domagają się uiszczenia należności za zaległe podatki. Po otrzymaniu pieniędzy, fałszywi urzędnicy skarbowi wystawiają pokwitowania na zwykłych papierkach, bez numeracji i stempelka. Władze skarbowe zwracają uwagę, iż urzędnicy zgłaszający się do mieszkań  podatników, muszą posiadać legitymację urzędu skarbowego z fotografią oraz wydawać pokwitowania skarbowe z numeracją i stemplem.

Urzędnicy fiskusa – nie tylko dzisiaj, ale również w 1936 roku – podczas kontroli spotykali się z różnymi, dziwnymi rzeczami, ot choćby czekoladową grzanką  zrobioną  na denaturacie: Podczas obławy urzędnicy Brygady Kontroli Skarbowej w Częstochowie, wespół z policją tutejszą, dokonali oryginalnego  odkrycia.

Oto w „lokalu” Jana Wiśniewskiego, przy ulicy św. Rocha zastali kilka osób, raczących się jakimś podejrzanym płynem. Okazało się, że w dymiącym garnuszku, domowym sposobem została zrobiona grzanka czekoladowa z cukru i czekolady, przyczem dla lepszego smaku,  wybredni smakosze dodali troszkę wódki zwykłej.

Oczywiście, już poza samą szkodliwością tego napoju, używanie denaturatu nie dla celów przemysłowych jest zabronione,  toteż spisany został protokół. Amatorzy denaturatowej grzanki zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej.

 

Jedzie pociąg z daleka…

Wiele spraw, którymi zajmowała się policja, a potem wymiar sprawiedliwości, miało swój początek na kolei. Bywały sprawy drobne, jak choćby ta, do której doszło w podmiejskim wagoniku na trasie Warszawa – Otwock. Żydówka, jadąca tym pociągiem , pod adresem  jadących Polaków użyła zwrotu „polskie chamy”. Na zwróconą uwagę przez uczennicę Miejskiej Szkoły Rękodzielniczej w Warszawie, pannę P., nazwała ją „polską małpą”, za co została przez uczennicę spoliczkowana. W tej samej chwili obecne w przedziale żydostwo, rzuciło się na uczennicę, chcąc ją pobić. W obronie jej stanęła jednak polska publiczność.  Wynikła awantura między publicznością polską a żydowską, przyczem jakiś żydziak  w czasie zamieszania zatrzymał pociąg. Sporządzono protokół, w wyniku którego żydówka, lżąca polski naród, zostanie pociągnięta do odpowiedzialności sądowej. 

Jednak nie tylko takie incydenty zaprzątały głowę kolejarzy. Na torach dochodziło do scen niczym z Dzikiego Zachodu: Na terenie pól pod Kłobuckiem, o jakieś 800 metrów od dworca, rozegrały się niesamowite wprost  sceny, zaaranżowane przez wszelkiego  rodzaju męty miejscowe, złożone z przemytników, węglokradów i tym podobnych typów. Kiedy pociąg naładowany  węglem znalazł się w pobliżu dworca, na wagony wskoczyła cała banda złodziei, która przystąpiła do rabunku węgla. Bezczelność złodziei była tak wielka, że zatrzymali pociąg pod sygnałem, aby ułatwić sobie kradzież. Gdy pociąg o oznaczonej porze nie przybył na dworzec, dwóch strażników kolejowych udało się w stronę pociągu torem biegnącym w wykopie, domyślając się napaści. Widok nadchodzących strażników nie spłoszył złodziei, którzy sterroryzowali poprzednio obsługę kolejową. Nadchodzących powitano gradem pocisków węglowych. Wywiązała się walka, przyczem straż kolejowa zmuszona była oddać szereg strzałów karabinowych, co wreszcie pozwoliło  odjechać zatrzymanemu pociągowi w dalszą podróż. Po jego odjeździe strażnicy znaleźli leżącego na torze 19-letniego Stanisława Merdę, rannego w obie nogi, który znany był w okolicy jako jeden ze śmiałych złodziei. Wówczas strażnicy pospieszyli rannemu z pomocą, lecz tłum, który zebrał się na miejscu kradzieży, nie pozwolił na to i rzucił się na strażników. Z dworca przybiegł jeden z urzędników Bednarski, a z nim pomoc z noszami i opatrunkami, lecz i wówczas awanturnicy  nie chcieli pozwolić na opatrzenie rannego Merdę, przyczem pobili urzędnika bardzo dotkliwie.

Po tych niesamowitych scenach walki o rannego, celem niesienia mu pomocy, kolejarze wycofali się, a nadszedł zawiadowca stacji. Ale i jego interwencja nie przyniosła żadnego skutku, tak że pod groźbą pobicia  musiał się wycofać.  Tłum bowiem krzyczał, że nie da go nikomu. Później zaś  rannego chciano wrzucić pod przejeżdżając pociąg, aby go  do reszty zmasakrować.

Dopiero dzięki starszemu posterunkowemu Bednarkowi, rannego na noszach przeniesiono na szosę, aby które z przejeżdżających aut zabrało go do szpitala. Policja zawiadomiona o ekscesach wysłała pomoc, która zabrała rannego  Merdę i przewiozła go do szpitala na opatrunek. Spokój został przywrócony.  Dramatyczna walka o rannego i niesamowite sceny pod Kłobuckiem  wywarły wstrząsające wrażenie na mieszkańcach okolicznych.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze