Sąsiad złodziej

Ludzie zawodowo trudniący się popełnianiem przestępstw także gdzieś mieszkają, podobnie jak cała reszta społeczeństwa. Wokół takiego sąsiedztwa narosło trochę stereotypów i krążą obiegowe powiedzonka, chociażby takie jak: „Złodziej u siebie nie kradnie” albo „Lepiej mieć złodzieja za sąsiada niż takiego, co wszystko wygada”.

scan775Z reguły jest tak, że wszyscy naokoło wiedzą, czym zajmuje się sąsiad i nikt z tego nie robi tajemnicy, łącznie z nim samym. Nie trzeba być wścibskim, aby zauważyć, że ktoś, kto nie jest właścicielem autokomisu, co kilka dni podjeżdża innym samochodem z tablicami rejestracyjnymi z innego województwa, czy innego kraju, albo wieczorem prowadzi na parkingu długie niezbyt cenzuralne rozmowy ze swoimi kolegami o wyglądzie i urodzie bardziej przypominającej ogry niż młodych mężczyzn.

Takie rzeczy łatwo zauważyć i chyba dlatego ludzie doskonale wiedzą, kto żyje z przestępstw i dlaczego policjanci zachowują się tak, jakby niczego nie widzieli. Mówi się wtedy, że albo są tak mało inteligentni, albo po prostu nie chcą widzieć z wiadomych przyczyn. Prawdę potwierdza modyfikacja starego przysłowia stwierdzającego, że „Wiedzą sąsiedzi, za co kto siedzi”.

W dniu, kiedy Sławomir W. wprowadzał się do bloku przy ul. B. Prusa w S., mieszkańcy budynku z łatwością mogli zorientować się, jakiego będą mieli sąsiada. Nie dość, że sam miał na rękach i na szyi liczne tatuaże, to kilku mężczyzn, którzy pomagali mu w przeprowadzce, nie wyglądało lepiej od niego. Był upalny lipcowy dzień, więc panowie nosili meble rozebrani do pasa i ich więzienne tatuaże mogli obejrzeć wszyscy sąsiedzi i zaciekawione sąsiadki. Ponieważ działo się to jeszcze przed 1990 rokiem, kiedy zwyczaj tatuowania ciała był w Polsce powszechny tylko w subkulturze więziennej, sytuacja była oczywista. Wszyscy wiedzieli, że do bloku wprowadza się kryminalista.

Jednak od momentu wprowadzenia się, nowy mieszkaniec bloku przez jakiś czas nie zaznaczał swojej obecności. Mieszkająca na tym samym piętrze emerytowana nauczycielka Jolanta F. zapamiętała tylko, że wraz z jego wprowadzeniem się ustały głośne awantury u mieszkającego piętro wyżej Krzysztofa K., który po powrocie z pracy w miejscowym browarze, miał zwyczaj czasami bić żonę. Ponieważ robił to po pijanemu i przy akompaniamencie wyzwisk oraz głośnego płaczu bitej, większość sąsiadów wiedziała o tej sytuacji. Nikomu jednak nie przyszło do głowy interweniować, czy dzwonić po policjantów. Mieszkanie zajmowane przez Sławomira W. oraz jego żonę i dwójkę małych dzieci znajdowało się dokładnie pod mieszkaniem brutalnego pracownika browaru, więc tzw. „efekty akustyczne” każdej awantury docierały do niego bezpośrednio.

Nie wiadomo jakie były motywy jego działania, ale dosyć szybko po wprowadzeniu się, kiedy Krzysztof K. zaczął awanturę, nowy sąsiad poszedł do niego i poprosił o spokój. Należy przypuszczać, że zrobił to po swojemu, nie wchodząc w dyskusję i używając raczej wulgaryzmów niż normalnych słów. Kiedy żona Krzysztofa K. zapłakana otworzyła drzwi, jej mąż nadal ją wyzywał i nowego sąsiada także przywitał stekiem wyzwisk. Trudno dziś precyzyjnie ustalić, jak w szczegółach się to odbyło, ale wiadomo, że Sławomir W. po prostu spuścił solidne lanie damskiemu bokserowi, obiecując powtórkę, gdy sytuacja się powtórzy. Oczywiście, nie musiał długo czekać, bo już w następnym tygodniu z mieszkania Krzysztofa K. zaczęły dochodzić odgłosy regularnej awantury. Tym razem jednak Sławomir W. na darmo dobijał się do drzwi. Krzysztof K. nie otworzył ich i najwyraźniej zabronił także żonie. Przyznać trzeba, że awantura jednak ucichła.

Dwa dni później Sławomir W. spotkał swojego sąsiada przed blokiem, a fakt ten obserwowało kilka sąsiadek, jak zwykle siedzących na ławce przed klatką schodową. Krzysztof K. miał sporego pecha, bo z sąsiadem kryminalistą było dwóch jego masywnie zbudowanych kolegów, a całą trójkę zauważył zbyt późno, aby ratować się ucieczką. Znów Krzysztof K. dostał porządne lanie, tym razem solidniejsze i połączone z groźbą wywiezienia „na wycieczkę do lasu” w wiadomym celu. Po tym pobiciu podobno przez kilka tygodni leczył połamane żebra, ale od tego czasu nikt w bloku nie słyszał już awantur w jego mieszkaniu i chyba rzeczywiście ich nie było, bo żona Krzysztofa K. przestała chodzić z opuszczoną głową i pudrować sińce.

Spokój trwał nawet wówczas, gdy Sławomir W. na jakiś czas trafił do więzienia. Być może dlatego, że nadal mieszkała tam jego żona i dzieci, regularnie odwiedzane przez brata Sławomira W. i kolegów z półświatka, pomagających jej przeżyć odsiadkę męża.

Dobre sąsiedztwo

scan776Na przestrzeni lat w tym zamieszkanym przez prawie setkę rodzin bloku, zdarzały się włamania do mieszkań, piwnic czy kradzieże samochodów. Nie łączono tych zdarzeń z osobą Sławomira W., choć zdarzało się, że niektóre osoby podejrzewały o to jego kolegów odwiedzających go dość często. Z tymi osobami łączono raczej kradzieże samochodów niż włamania do mieszkań. Uznawano, że jeśli przyjeżdżają tu złodzieje i zobaczą atrakcyjne auto, to wcale nie jest wykluczone, że po prostu je ukradną. Bo dlaczego mieliby tego nie zrobić?

Kiedy w 2008 roku zniknęło w ten sposób niedawno zakupione auto Janiny D., mieszkającej w tej samej klatce schodowej co Sławomir W., zrozpaczona kobieta poszła po pomoc do sąsiada. Miała powody, aby rozpaczać. Mercedes kupiony kilka dni wcześniej za kwotę 60 tys. zł nie został jeszcze przerejestrowany i co gorsza był nieubezpieczony, a w odzyskanie go przez policję Janina D. nie wierzyła.

Sławomir W. po wysłuchaniu prośby sąsiadki powiedział, że zobaczy co się da zrobić i tego samego dnia wieczorem poinformował ją, że może jej Mercedesa wykupić od złodziei za kwotę 15 tys. zł. Kobieta była w sytuacji bez wyjścia i zapożyczywszy się zgromadziła taką kwotę i przekazała sąsiadowi. Następnego dnia Mercedes stał zaparkowany we wskazanym przez niego miejscu. Oczywiście, Janina D. natychmiast przestawiła go do garażu znajomych i pobiegła, aby auto ubezpieczyć.

Była wdzięczna Sławomirowi W. za pomoc, zwłaszcza że ostatecznie transakcja odkupu ukradzionego samochodu zamknęła się kwotą 12 tys. zł. O tym, że sąsiad ma takie możliwości, w tajemnicy opowiedziała sąsiadkom (tym siedzącym zwykle na ławce przed klatką schodową), więc szybko o zdarzeniu dowiedzieli się wszyscy mieszkańcy bloku. Oczywiście pojawiły się komentarze, że Sławomir W. sam ukradł ten samochód i sam go od siebie wykupił, ale nie sposób było mu to udowodnić.

Dwa lata później do Janiny D. i jeszcze jednej sąsiadki o pomoc zwróciła się Anna W., żona Sławomira W. Prosiła je, aby potwierdziły, że tydzień wcześniej w godzinach wieczornych widziały jej męża, kiedy przyjechał pod blok, a następnie wszedł do domu. Twierdziła, że złośliwi policjanci chcą wrobić jej niewinnego męża w dokonanie napadu na drugim końcu Polski, bo podobno pokrzywdzony pracownik kantoru rozpoznał go na podstawie jakiegoś starego zdjęcia sprzed 10 lat, które pokazali mu policjanci. Anna W. twierdziła, że w tym czasie mąż był w domu, a ponieważ tylko ona może to potwierdzić, to takie alibi może nie wystarczyć. Z jego przeszłością sąd skaże go na dziesięć lat, bo nie da rady wybronić się i udowodnić, że jest niewinny, dodała na koniec płacząc Anna W.

Sąsiadki następnego dnia po zeznaniach Anny W. zostały wezwane do komendy i zeznały to, o co prosiła. Pomimo sceptycyzmu policjantów zgodnie twierdziły, że stały przed klatką schodową o godzinie 18.00 tego dnia i z całą pewnością widziały sąsiada parkującego samochód i wchodzącego do domu. Zgodnie opisały też jego ubiór, bo to dokładnie podyktowała im wcześniej Anna W. Następnego dnia Sławomir W. opuścił policyjny areszt. Nie sposób dziś ustalić, czy jakoś odwdzięczył się sąsiadkom za pomoc, ale najprawdopodobniej tak było.

Pokrzywdzony pracownik kantoru, przy okazaniu „na żywo”, wycofał się z rozpoznania Sławomira W., jako jednego ze sprawców napadu i sprawa pozostała niewykryta, choć policjanci mieli operacyjne informacje potwierdzające, że to grupa z S., pod wodzą Sławomira W., dokonała tego napadu. Ale wiedza niepoparta dowodami nie pozwala na skazanie kogokolwiek.

Policjanci wiedzieli także o innych przestępstwach popełnianych przez tego recydywistę i stale szukali sposobu, aby mu je udowodnić. Niestety było to niełatwe. Do czasu.

Pechowy splot zdarzeń

Policjanci z Komendy Miejskiej Policji w S. 15 sierpnia 2012 roku zostali powiadomieni przez miejscowy szpital o dowiezieniu przez karetkę pogotowia nieprzytomnego mężczyzny, który wypadł z okna bloku i leżał na trawniku. Zarówno do szpitala, jak i pod wskazany w zgłoszeniu adres udali się policjanci.

Pierwsi dotarli ci skierowani do szpitala i szybko zorientowali się, z kim mają do czynienia. Poinformowali dyżurnego w komendzie, że nieprzytomny mężczyzna to notowany kryminalista Sławomir W., który ma najprawdopodobniej połamane żebra, zwichniętą rękę i doznał wstrząśnienia mózgu. Ciekawostką był fakt, że mężczyzna miał na rękach cienkie gumowe rękawiczki.

Natomiast policjanci skierowani pod blok znaleźli na trawniku dużo kawałków szkła z rozbitych szyb. Od razu widać było, że zdarzenie miało związek z mieszkaniem na drugim piętrze, bo tam było rozbite okno, o czym dobitnie informowała fruwająca na zewnątrz firanka.

W mieszkaniu tym policjanci zastali 26-letniego brata właścicielki mieszkania Anety R., czyli Arkadiusza R. Mężczyzna był bardzo zdenerwowany i oświadczył im, że właśnie wybierał się do komendy, aby powiadomić o całym zdarzeniu. Opowiedział policjantom, że przejeżdżając przez S. podjechał do siostry, aby podlać rośliny w jej mieszkaniu, bowiem ona przebywa na urlopie w Hiszpanii. Tak się z nią umówił, że co kilka dni będzie podlewał rośliny i wietrzył mieszkanie podczas jej dwutygodniowej nieobecności. Kiedy wchodził do mieszkania, drzwi były zamknięte na zamek. W środku jednak zastał nieznanego mu mężczyznę, który tam nie miał prawa znajdować się. Od razu więc zorientował się, że ma do czynienia z włamywaczem. Wskazywały na to również dwie spakowane torby stojące na środku pokoju. Później okazało się, że były w nich same cenne rzeczy, takie jak futro siostry, kurtka skórzana, biżuteria, komputer i zegarki.

Przyłapany w mieszkaniu złodziej rzucił się na Arkadiusza R., ale nie dał sobie z nim rady. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że Arkadiusz R. trenuje od lat pchnięcie kulą, ma ponad 190 cm wzrostu i jest naprawdę potężnie zbudowanym mężczyzną.

Mocno odepchnięty napastnik (pchnięcie kulą to sport wymagający dużej siły) wpadł do kuchni i uderzył o stół, łamiąc go. Pomimo to poderwał się i wyskoczył przez okno, wybijając szybę. Upadł na trawnik i nie poruszał się. W związku z tym Arkadiusz R. zbiegł na dół i wezwał pogotowie ratunkowe. W międzyczasie jedna z sąsiadek nadeszła i w nieprzytomnym mężczyźnie rozpoznała sąsiada, czyli Sławomira W., o czym powiedziała Arkadiuszowi R. Potem karetka zabrała nieprzytomnego człowieka do szpitala.

Z wersji, którą podawał potem w sądzie Sławomir W., wynikało, że nie został on popchnięty do kuchni, tylko Arkadiusz R. chwycił go za bluzę pod szyją i za spodnie, podniósł do góry i z całej siły cisnął na stół, który się połamał. Potem miał go podnieść i rzucić nim w okno, aż ten razem z szybą wypadł na zewnątrz. Sławomir W. próbował oskarżać Arkadiusza R. o próbę zabicia go, ale sąd nie dał wiary jego zeznaniom i przyjął wersję kulomiota, choć z pewnym powątpiewaniem.

Policjanci po wysłuchaniu relacji Arkadiusza R. powiadomili o sytuacji dyżurnego, który uznał, że jest szansa na pozbycie się na parę lat uciążliwego Sławomira W. i prawidłowo puścił w ruch policyjną machinę. W mieszkaniu Anety R., potraktowanym jako miejsce włamania, przeprowadzono oględziny, a w znajdującym się w tym samym bloku mieszkaniu Sławomira W. w ramach czynności niecierpiących zwłoki przeprowadzono przeszukanie.

W szpitalu zabezpieczono ubranie Sławomira W., znajdując w bluzie przedmioty do dokonywania włamań, czyli tzw. piórka i tzw. automat do otwierania zamków typu Gerda i podobnych. Wówczas nieprzytomny mężczyzna nie odzyskał jeszcze świadomości, ale lekarze byli dobrej myśli. Okazało się, że dobrze przewidywali, iż ich pacjentowi nic poważnego się nie stało.

W mieszkaniu Sławomira W. w obecności jego żony policjanci znaleźli kolejne przedmioty do dokonywania włamań. Trzymał je w wiadrze na śmieci, stojącym pod zlewem w kuchni i wyposażonym w worek. Wytrychy i elektroniczne urządzenie do rozbrajania autoalarmów samochodowych leżały na dnie wiadra zawinięte w papier, a na to włożono worek, do którego wrzucano śmieci. Policjanci znaleźli też i zabezpieczyli kilkadziesiąt wyrobów ze złota i dziewięć zegarków o znacznej wartości. Cztery złote wyroby i dwa zegarki rozpoznano później, jako pochodzące z innych kradzieży z włamaniem, w tym jednego z nich dokonano tydzień wcześniej w tym samym bloku. Niestety wobec braku innych dowodów, udało się jedynie w tym przypadku oskarżyć Sławomira W. o paserstwo, bo twierdził, że kupił te wyroby „okazyjnie od nieznanej osoby”.

Zdrowy

scan777Gdy policjanci skończyli swoje czynności w bloku przy ul. B. Prusa w S., ze szpitala nadeszła informacja o tym, że Sławomir W. odzyskał przytomność i ubrany w szpitalny szlafrok uciekł ze szpitala. Niestety nie był pilnowany przez policjantów, a wszczęte działania pościgowe nie doprowadziły do natychmiastowego zatrzymania go.

Sprawdzone później zapisy ze szpitalnego monitoringu dowiodły, że ukrywał się gdzieś na terenie szpitala, przez co najmniej sześć godzin i opuścił go dopiero nocą. Prawdopodobnie nawiązał już wtedy kontakt z kimś z zewnątrz, kto podjechał samochodem i pomógł mu w ucieczce.

Został zatrzymany dwa miesiące później, gdy w nocy przyszedł do swojego mieszkania, aby zobaczyć się z żoną i dziećmi. Policjanci obstawili budynek i gdy o 5.00 rano wychodził z klatki schodowej, został zatrzymany. O tym, że przyszedł do żony, ktoś anonimowo powiadomił policjantów telefonicznie.

Sławomir W. za włamanie oraz sześciokrotne paserstwo został skazany na łączną karę 10 lat pozbawienia wolności, a na tak wysoki wyrok miała także wpływ jego uprzednia karalność. Jego adwokat próbował udowodnić, że do kradzieży nie doszło i podnosił fakt pobicia swojego klienta przez osobę, która go zastała w mieszkaniu. Sąd był jednak jednoznaczny w swoich ocenach i uznał, że do kradzieży nie doszło jedynie dlatego, że złodziej został złapany na gorącym uczynku.

Żona Sławomira W. sprzedała mieszkanie w tym bloku i przeprowadziła się do swoich rodziców, gdzie będzie czekała na powrót męża z więzienia. Gdy on przebywał w areszcie, mówiła sąsiadkom, że ma żal do brata Anety R., że nie dość, iż o mało nie zabił jej męża, to jeszcze oskarżył go o włamanie.

Jej wypowiedzi niezbyt spodobały się sąsiadkom. Przecież okazało się niezbicie, że ten „niekradnący u siebie złodziej” najprawdopodobniej okradł wiele mieszkań w tym bloku, a pewnie też ukradł wiele samochodów. Jeśli nie zrobił tego sam, to zrobili to jego koledzy. W tej sytuacji „przysługa” dla Janiny D. rzeczywiście mogła być wykupieniem samochodu od samego siebie. A może cała kradzież i wykup Mercedesa były od początku zaplanowane?

Dariusz Gizak

Personalia osób i niektóre okoliczności zdarzeń zostały zmienione.