Sekrety pana domu

Wydarzenia, które w 2011 roku na kilka miesięcy postawiły w stan nerwowego napięcia mieszkańców G., swój początek miały w mieszkaniu Aleksandry R., samotnie wychowującej 12-letniego syna, Michała. Pewnego dnia, podczas segregowania ubrań do prania, zauważyła na bieliźnie chłopca ślady krwi. Aleksandra R. przeprowadziła z nim rozmowę, podczas której przyznał, że wczoraj z odbytu ciekła mu krew (określał to: „tam z tyłka”). Teraz już to miejsce nie krwawi, ale trochę go boli.

sekrety pana domu

Nie zgodził się, aby matka to obejrzała. Nie udało mu się jednak wykręcić od wizyty u lekarza, do którego zaprowadziła go następnego dnia rano. Chłopiec cały czas był jakiś podenerwowany. Nie bardzo chciał rozmawiać z matką. Na szczęście lekarzem był mężczyzna, który potrafił nawiązać z nim kontakt.

Matka została poproszona o poczekanie na korytarzu. Mijał czas, a ona niepokoiła się coraz bardziej. Gdy wreszcie po półgodzinie lekarz wyszedł do niej, od razu zauważyła, że jest czymś bardzo poruszony. Zamiast poprosić ją do gabinetu, w którym został syn, poszli do innego pokoju. Tam bez ogródek stwierdził, że musi wezwać policję, ponieważ jej syn ma ślady po zgwałceniu i przyznał mu się, że dwa dni temu rzeczywiście tak się stało. Kiedy matka zaczęła protestować, że to niemożliwe, lekarz stanowczo stwierdził, że jej syn ma uszkodzenia w okolicy odbytu i sińce na rękach po sznurku, którym został związany. W końcu zszokowana kobieta uwierzyła słowom lekarza, a ten wezwał policjantów.

Żadnych śladów

Ponieważ obrażenia chłopca nie wymagały hospitalizacji ani interwencji chirurgicznej, po opatrzeniu ich przez lekarza, wraz z matką został przewieziony do komendy. Dalsze czynności wykonywano już w obecności psychologa.

Michał opowiedział, że kiedy przed południem był sam w domu (był lipiec, więc nie chodził do szkoły, a matka poszła do pracy), ktoś zapukał do drzwi. Wyjrzał przez wizjer, ale nikogo nie zobaczył, więc nie otwierał drzwi. Wówczas zadzwonił dzwonek. Chłopak znowu wyjrzał, ale i tym razem nikogo przed drzwiami nie było. Pomyślał, że może przyszedł któryś z jego kolegów i się wygłupia. Albo jest tak niski, że go przez wizjer nie widać, co się czasami zdarzało. Otworzył więc drzwi i wychylił głowę. Wtedy ktoś narzucił mu kurtkę na głowę, wepchnął do mieszkania i zatrzasnął drzwi.

Później został przewrócony na podłogę, ktoś wykręcił mu ręce i związał je. Napastnik pociągnął go do pokoju na łóżko. Tam ściągnął mu spodnie i kilkakrotnie zgwałcił. Potem rozwiązał mu ręce i powiedział, że zdejmie mu kurtkę z głowy, ale jeśli spojrzy na niego lub komukolwiek opowie o tym, co się stało, to będzie musiał go zabić.

Chłopiec twierdził, że gdy mężczyzna ruszył do drzwi, on leżał na brzuchu i zerkając pod ręką, usiłował go zobaczyć. Niestety, oczy miał zalane łzami i niczego nie widział. Wstał dopiero po jakimś czasie, gdy usłyszał, że drzwi się zamknęły. Napastnik nie zostawił w mieszkaniu żadnych śladów. Oczywiście zabrał ze sobą kurtkę, a nawet sznurek do związania rąk. Niczego z mieszkania nie ukradł.

O zdarzeniu Michał R. nie opowiedział nikomu, bo wstydził się i bał zapowiedzianej zemsty. Policjant wspierany przez psychologa zadał mu jeszcze wiele pytań, ale nic więcej chłopiec nie zapamiętał. Również głosu tego mężczyzny nie kojarzył z nikim znajomym. Nie był w stanie podać żadnych bliższych szczegółów na jego temat. Prosił tylko co chwilę, żeby policjanci go pilnowali, bo boi się, że ten człowiek wróci i – tak jak zapowiedział – go zabije.

Tego popołudnia chłopiec i jego matka zostali pod opieką psychologa. W tym czasie policjanci gruntownie zbadali mieszkanie. Mieli nadzieję, że może uda im się zabezpieczyć jakieś ślady, które pozostawił sprawca tego odrażającego czynu. Ubrania chłopca matka niestety wyprała, ale zabezpieczono narzutę, którą przykryte było łóżko. Liczono na to, że pozostawione być może ślady spermy pozwolą, na podstawie badań porównawczych DNA, zidentyfikować sprawcę. Sprzyjającą okolicznością był fakt, że matka Michała obecnie nie była w związku z żadnym mężczyzną, więc ślady spermy na przykryciu łóżka bezsprzecznie należałyby do sprawcy.

Poza narzutą zabezpieczoną do badań laboratoryjnych, trwających zazwyczaj około miesiąca, policyjnym technikom nie udało się wyodrębnić żadnych innych śladów. Sam fakt znalezienia takowych, to przecież tylko podstawa do identyfikacji sprawcy, którego wcześniej trzeba wytypować i odnaleźć.

Sytuacja jest poważna

Już 19 lipca 2011 roku, czyli 2 dni po zgłoszeniu przestępstwa w komendzie policji w G., został powołany zespół, mający doprowadzić do wykrycia sprawcy. Stanowiło go aż 9 osób, co przy wakacyjnym nawale pracy było dowodem, że szefostwo komendy potraktowało sprawę bardzo poważnie. W zespole znaleźli się zarówno pracownicy pionu kryminalnego, zajmującego się operacyjnym rozpoznaniem, jak i dochodzeniowiec, a także specjaliści z pionu techniki operacyjnej, do których należała obserwacja chłopca i zabezpieczenie go przed zemstą ze strony sprawcy. Przed mieszkaniem, jak i wewnątrz, umieszczono kamery, a na zewnątrz mieszkania oraz w drodze do szkoły od września chłopiec miał być pod stałą obserwacją. Na terenie szkoły byłby już poza kontrolą, jednak uznano, że jej teren byłby miejscem bezpiecznym.

Podjęte przez policję tak szerokie działania zabezpieczające miały swoje uzasadnienie. Dewiant seksualny, jakim był niewątpliwie sprawca, z całą pewnością nie poprzestanie na jednorazowym akcie i należało się liczyć z kolejnymi atakami. Także na tego samego chłopca, którego gwałciciel mógł uznać za zastraszonego. Przyjęta przez niego metoda działania była bardzo groźna. Zaatakował w bloku wielopiętrowym i wieloklatkowym, gdzie występuje duża anonimowość wśród mieszkańców, a chłopców, którzy w określonych godzinach sami przebywają w mieszkaniu, było na pewno więcej. Równie dobrze mógł to być przestępca wędrowny, poruszający się od miasta do miasta, jak i ktoś mieszkający w pobliżu, nawet w tym samym bloku. Jak widać możliwości było wiele, a szanse na wytypowanie sprawcy nieduże.

Policjanci zaczęli od działań rutynowych. Sprawdzono, jakie osoby skazane za podobne przestępstwa w ostatnim czasie opuściły więzienie. Operacyjnie skontrolowano także, co obecnie robią osoby znane z takich skłonności, a w ostatnich latach nieodsiadujące kary, tylko pozostające na wolności. Okazało się, że z więzienia w ostatnich miesiącach wyszło dwóch przestępców o skłonnościach pedofilskich oraz jeden homoseksualista utrzymujący kontakty z nieletnimi chłopcami. Wszyscy mieszkali w tym mieście, więc objęto ich wyrywkową obserwacją oraz operacyjnym nadzorem, wykorzystując sieć informatorów policyjnych.

Podobny do nikogo

BUTTON1_short