Afroamerykanin, Clarence Moses-El, spędził w więzieniu 28 lat za gwałt… którego nie popełnił. Mężczyzna w 1988 roku został skazany po procesie poszlakowanym na 48 lat więzienia za napaść seksualną, pobicie i włamanie.

 

Od początku twierdził, że jest niewinny i został mylnie zidentyfikowany przez ofiarę. Jego zapewnienia o niewinności na nic się zdały. Moses-El został uznany winnym zarzucanych mu czynów po tym, jak ofierze… przyśniło się jego imię. Wcześniej poszkodowana kobieta, jako sprawcę wskazała po sobie trzech różnych mężczyzn. Ostatecznie wskazała na Mosesa tylko dlatego, że w śnie usłyszała jego imię. Dowodem w sprawie nie mogło być badanie DNA, które mogłyby wyeliminować mężczyznę z kręgu podejrzeń, ponieważ ślady biologiczne zostały omyłkowo zniszczone przez policję w Denver. Kiedy oskarżony wykorzystał wszystkie środki odwoławcze, jako dowód w sprawie zakwalifikowano list, który napisał do niego inny więzień. Osadzony pisał, że uprawiał seks z kobietą za jej zgodą, a potem pobił ją. Opowieść sugerowała, że to autor listu jest sprawcą przestępstwa, za które karę odsiaduje Clarence Moses-El. W świetle nowych wydarzeń, po 28 latach odsiadki, uchylono wyrok i mężczyzna wyszedł na wolność za kaucją. Po kilku miesiącach biuro prokuratora po raz kolejny postanowiło przyjrzeć się sprawie. Wznowiony proces trwał tydzień i – jak stwierdził obrońca niewinnie skazanego mężczyzny – „ Moses-El nie był wolny aż do dzisiaj”.

 

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze