ARCHIWALNE WYDANIE

9/2005 (229)

SPIS TREŚCI

OD REDAKCJI

Tragiczna prognoza. Z kończącego się lata najlepiej zapamiętałem dwie rzeczy: picie i przekleństwa małolatów. Ale po kolei. Oglądałem prognozę pogody. Spikerka powiedziała, że w czasie letnich miesięcy, po raz kolejny, pobity został ponury rekord utonięć. Przypomniała mi się charakterystyczna scena nad jeziorem w ostatnim dniu wakacji. Było to w momencie, kiedy rodzice liczyli już nerwowo spodziewane koszty kolejnego roku edukacji swoich pociech, a do nauczycieli docierał fakt, że szara codzienna rzeczywistość znów powraca. Grupa nieletniej młodzieży rozbija w tym czasie nad ślicznym jeziorkiem biwak. Są przygotowani do zabawy. Zakąskę wyławiają z jeziorka „rybacy”. Na sześć osób jest kilka zgrzewek piwa, które zresztą szybko się kończy, potem już jest tylko wódka w dużej ilości, pita pod rybkę pieczoną na zaimprowizowanym grillu. „Rybacy” szybko się jednak męczą i proponują kąpiel. Coraz bardziej pijane towarzystwo dzieli się na dwie grupy. Jedna wyrusza samochodem po nowy zapas piwa, a druga wchodzi raz po raz do wody, klnąc przy tym soczyście i głośno. Tu zresztą prześladuje mnie pewna refleksja, że przeklinanie jest najbardziej przywiązaną do tradycji dziedziną naszego życia. Silnie przekazywany wzorzec „anatomicznej” mowy powoduje, że kolejne, coraz młodsze pokolenia posługują się tymi samymi wulgarnymi określeniami części ciała i funkcji seksualnych. Jedyne nowości to wprowadzenie do języka określeń i zwrotów z „Matrixa”. Wróćmy jednak do naszych biwakowiczów. Pijani, stają się coraz bardziej agresywni, zaś biernie obserwujący ich wyczyny dorośli coraz bardziej zaniepokojeni; zwyczajnie się ich boją, ale nikt nie sięga po komórkę i nikt nie podnosi się z koca. W pewnym momencie rozpaczliwy pisk jednej z dziewcząt zwraca uwagę pozostałych na to, że nie widać jednego z młodzieńców. Tego, który był najgłośniejszy, tego, który pił najwięcej… Dopiero teraz opalający się dorośli postanawiają wkroczyć do akcji. W ruch idą komórki, a paru panów rzuca się bohatersko do wody. Niestety, ich wysiłki nie przynoszą rezultatów, podobnie jak przybyłych w chwilę potem policjantów i strażaków. Jeden z policjantów komentuje zeszłoroczną ponurą statystykę. W 2004 roku w Polsce utonęło 709 osób. Pytam go o tych, którzy poszli pod wodę po wódce. Alkohol był przyczyną 170 utonięć. Ktoś powie, że to mało, ale w ponad 300 przypadkach nie udało się tego stwierdzić ze względu na długi czas przebywania zwłok w wodzie. Według policyjnych statystyk w rzekach utonęło ponad 200 ofiar, ale wszelkiego rodzaju stawki, glinianki i starorzecza wraz z jeziorami pochłonęły 297 ofiar. W tym roku, mimo zimnego początku lata, wszystko wskazuje na to, że rekord zostanie pobity. Tylko w czasie pierwszego cieplejszego weekendu utopiło się ponad 10 osób. No, ale powróćmy na brzeg jeziora.

Andrzej Dutkiewicz