Syn narodu wybranego

Syn Narodu WybranegoWśród kolegów ze szkoły pragnął uchodzić za twardziela, mimo że był tchórzliwym chuderlakiem. Dziewczynom opowiadał, że prowadzi sieć restauracji z egzotycznym jedzeniem, choć w rzeczywistości pracował jako zwykły kucharz. W rodzinnym miasteczku wszyscy wiedzieli, że zmyślał na zawołanie. Kilkanaście lat temu wszelki słuch po nim zaginął, aż do niedawna, gdy w telewizji rozpoznał go stary znajomy. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył mężczyznę o czarnych jak smoła włosach, z pejsami i długą brodą. Dariusz J. został tam przedstawiony jako Aaron Ben Tabach, rabin gminy żydowskiej…

 

Opatrzność nie obdarzyła go wieloma łaskami. Nie urodził się w bogatej rodzinie. Gdy dorastał, odkrył, że nie jest specjalnie przystojny i nie budzi zainteresowania płci pięknej. Nie był też ani nadzwyczajnie silny, ani odważny. Kilka razy wracał z podwórka z podbitym okiem. By dodać sobie prestiżu, zapisał się nawet na kurs taekwondo. Szło mu całkiem nieźle. Gdy jednak przyszło do konfrontacji z przeciwnikiem, cały zapał do treningów ulotnił się.

Nie przeszkodziło mu to w rozpowiadaniu wśród znajomych, że pnie się po szczeblach kariery i hierarchii sportowej. Twierdził nawet, że został wybrany przez trenera do udziału w zawodach na poziomie regionalnym. Gdy zdarzyło się, że ktoś, kto akurat pojawił się na tych zawodach, wytknął mu nieprawdę, żachnął się i z miejsca wymyślił alibi: akurat ciężko zachorował. Dopadła go angina i trzy tygodnie leżał w łóżku.

Tak toczyło się życie Dariusza J. Zamiast zaszczytów i bogactwa, oferowało mu szarzyznę i przeciętniactwo. Skończył szkołę zawodową i został pomocnikiem kucharza w miejscowej restauracji. Każdego dnia obierał cebulę i ziemniaki, tłukł kawałki mięsa na schabowe.

Żył w przeświadczeniu, że nie jest to szczyt jego możliwości, że może osiągnąć znacznie więcej – jeśli tylko się postara. Imponowali mu ludzie na wysokich stanowiskach ubrani w eleganckie służbowe stroje – prawnicy, lekarze, duchowni. Każdy z nich, wyposażony w swoje atrybuty, był niczym aktor teatralny: miał przebranie sceniczne i cały system zachowań, gestykulacji. Czy trzeba lat ciężkich studiów, by móc robić to samo?

Takie pytania często krążyły mu po głowie. Zauważył też, że choć natura nie obdarzyła go wieloma zaletami, jedną cechę dała mu bezapelacyjnie: dar mowy. Umiał na zawołanie z zupełnie błahych rzeczy kreować nieomal fantastyczne historie. Miał wyobraźnię! Ci, którzy dobrze go znali, wiedzieli, że lubi koloryzować. Jeśli chciał rozwijać swój talent, musiał opuścić rodzinne miasteczko i poszukać nowej publiczności…

Tłumacz

Trafił do dużego miasta wojewódzkiego. Wynajął kawalerkę i znalazł lepszą pracę – w knajpie. By nie być kojarzonym z dawnym Darkiem, przefarbował włosy na czarno i zapuścił brodę. Z zadowoleniem odkrył, że po zmianie wyglądu bardziej przypadł do gustu kobietom.

Pewnego razu, spędzając samotnie wieczór, oglądał bez większego zainteresowania transmisję jakiejś uroczystości państwowej w telewizji. Wśród zaproszonych gości był facet w dziwnym czarnym stroju, z brodą i śmieszną czapeczką na głowie. Podszedł do mównicy, nachylił się nad otwartą księgą i zaczął coś mamrotać w nieznanym języku. Brzmiał jakoś dziwnie, jakby chrobotał… Mimo to Dariuszowi J. spodobał się, a szczególnie spodobała mu się atencja, jaką publiczność darzyła mówiącego. Gdy wygłaszał swoje słowa, u dołu ekranu pojawiły się podpis: Michael Schudrich – Naczelny Rabin Polski. – A więc to Żyd! – pomyślał i, nie wiedzieć czemu, wcisnął pauzę, by zatrzymać obraz. Następnie całe przemówienie sobie nagrał.

Po pewnym czasie zapomniał o całej sprawie, aż do pewnego popołudnia, które na zawsze zmieniło jego życie. Miał akurat dzień wolny i chciał zajrzeć do oddziału biblioteki wojewódzkiej. Zamierzał wypożyczyć jakieś mało ambitne czytadło: sensację albo fantastykę.

Szybko uporał się z zadaniem i z książką w dłoni już miał wracać, gdy przechodząc długim korytarzem, dostrzegł drzwi z napisem: biblioteka obcojęzyczna. Obcojęzyczna? A więc odwiedzana przez obcokrajowców… To było miejsce wymarzone dla niego! Nie pomylił się. W środku przywitały go twarze o niepolskich rysach, ludzie mówiący różnymi językami: studenci, zagraniczni pracownicy. Jakże było tu inaczej! I lepiej, i bardziej światowo! By nie zdradzać się, dla niepoznaki wodził wzrokiem po nic niemówiących mu obcojęzycznych tytułach i krążył między regałami. Literatura angielska, amerykańska, piśmiennictwo niemieckie… Zatrzymał się przy dziale z książkami w języku hebrajskim. Przypomniała mu się ta charakterystyczna, jakby chrobocząca wymowa i atencja towarzysząca modłom rabina…

Kilka metrów od niego stali dwaj mężczyźni. Przypadkowo podsłuchał ich rozmowę. Z kontekstu wynikało, że jeden jest pracownikiem biblioteki, drugi chyba jakimś naukowcem. Szukał pilnie kogoś, kto zna dobrze hebrajski. Potrzebował tłumaczenia jednego z tekstów religijnych. Niestety, bibliotekarz nie mógł mu pomóc. Dariusz J. poczuł, że los, który dotychczas był ślepy, właśnie daje mu szansę. Gdy tylko tamten został sam, podszedł do niego.

– Witam pana. Nazywam się Aaron Ben Tabach, jestem rabinem, członkiem gminy żydowskiej. Mogę Panu pomóc.

Naukowiec, gdy to usłyszał, nie posiadał się ze szczęścia. Tożsamość rozmówcy przyjął bez żadnych zastrzeżeń. Dariusz J. przedstawił się jako Żyd, który niedawno przyjechał z Hajfy. By podbudować trochę swoją historię, zapytał, o jaki tekst do tłumaczenia chodzi. Gdy tamten mu wyjaśnił, w odpowiedzi pokiwał głową i stwierdził, że są tam nawiązania do kadiszu. Następnie zasymulował, że wypowiada część modlitwy, powtarzając ze słuchu zapamiętane fragmenty wystąpienia rabina, które oglądał w telewizji. Teatrzyk okazał się przekonujący. Rozmówca bez żadnych zastrzeżeń dał mu numer telefonu oraz książkę z tekstem, o który mu chodziło. Umówili się, że „rabin”, oddzwoni, jak tylko upora się z tłumaczeniem.

Dariusz J. wrócił z tekstem do domu. Oczywiście nie miał bladego pojęcia, o czym on jest. Hebrajskiego nie znał ni w ząb, ale słowo się rzekło. Rabin Aaron Ben Tabach wykona zlecenie. Przez następne dni naprędce poznawał zasady języka Żydów. Pokracznie tłumaczył fragmenty na podstawie translatora z internetu. Szukał pomocy na forach. Zapisał się nawet do jakiegoś kółka studenckiego, zwracając się z prośbą o tłumaczenie. Tam udało mu się uzyskać przekład sporej części. Brakujące fragmenty zmyślił. W końcu dobrnął do kresu. „Przetłumaczony” tekst był gotów. Zadzwonił do nieznajomego. Umówili się w mieście.

– Ależ dziękuję za pomoc rabinie Tabach! – rzekł mężczyzna i wcisnął mu pieniądze: 1000 złotych.

Dariusz J. co prawda wzbraniał się przed ich przyjęciem, ostatecznie jednak schował banknoty do kieszeni. Pożegnali się w serdecznej atmosferze. Kilka dni później naukowiec zadzwonił i podziękował jeszcze raz. Był bardzo zadowolony z tłumaczenia.

Rabin z Hajfy

Po udanym oszustwie Dariusz J. doszedł do przekonania, że należy pójść za ciosem. Żydzi zawsze kojarzyli mu się z pieniędzmi, bogactwem i zaszczytami. Chciał wkręcić się w mały, hermetyczny świat odizolowanej grupy i tam wreszcie stać się „kimś”.

Przez następne tygodnie kompletował zestaw rekwizytów, potrzebnych do stworzenia swojej nowej tożsamości. Zgłębił kilka lektur o kulturze żydowskiej, uczył się przygotowywać potrawy tamtejszej kuchni i studiował podstawy języka. Te jakoś opanował, ale hebrajski okazał się ekstremalnie trudny – nie tylko pisownia, ale i wymowa. Dlatego – by móc dobrze symulować – nauczył się ze słuchu powtarzać modlitwę kadisz, którą nagrał z transmisji telewizyjnej. Ponownie przefarbował włosy, nadając im kruczoczarny odcień, zapuścił pejsy. Na zagranicznym portalu aukcyjnym kupił wysłużony chałat – długi czarny płaszcz, noszony przez chasydów.

Pracował też nad swą nową tożsamością. Zmyślił, że jest rabinem z Hajfy, który jakiś czas temu przyjechał do Polski – kraju przodków. Wymyślił nawet fikcyjny adres, pod którym miał mieszkać w Hajfie. Poprzez portale społecznościowe wyszukał zdjęcia zupełnie obcych ludzi, pochodzących z Izraela. Zapisał je na twardym dysku laptopa, a następnie przesłał na komórkę, na wypadek gdyby trzeba było pochwalić się „rodziną”.

Po jakimś czasie, z długimi czarnymi pejsami, zgłosił się do gminy wyznaniowej. Przedstawił się jako osoba, która od kilku lat jest w Polsce i chce działać w gminie. Umówiono go na spotkanie z szefową. Przed wyjściem dokładnie przyjrzał się sobie w lustrze. Pejsy sięgały mu aż do ramion. Na głowę założył czarny kapelusz, ubrał też chałat. Wyglądał wypisz-wymaluj jak typowy ortodoksyjny Żyd.

Efekt okazał się piorunujący. Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze. Kobieta była nim oczarowana. Całą historię przyjęła z dobrodziejstwem inwentarza. Nie miała żadnych pytań, nawet nie zająknęła się, by rozmówca pokazał jej paszport. Podkreśliła, że gmina liczy zaledwie kilkadziesiąt osób, więc każdy, kto chce pomóc, jest mile widziany. Poza tym doceniła, że rabin Tabach ma kontakt z krajem ojczystym, że niedawno z niego przyjechał. Jego wiedza o obecnym Izraelu podziała na gminę ożywczo. W ten sposób Dariusz J. vel Aaron Ben Tabach został wolontariuszem lokalnej gminy żydowskiej. Na kolejnych spotkaniach przedstawiono go reszcie członków. Nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Językiem konwersacji był polski. Oszust skonstatował nawet, że ze względu na rzekomy niedawny przyjazd z Izraela oraz fakt, że podał się za rabina, był odbierany przez innych z większym szacunkiem, jako ktoś bardziej doświadczony i obyty w sprawach tradycji i kultury żydowskiej. Napomknął, że jest kucharzem, który potrafi przyrządzać koszerne potrawy.

– To świetnie! – rzekł ktoś z władz związku. – Będzie mógł nam rabin gotować podczas wizyt gości!

Modlitwy z księdzem i pastorem…

BUTTON1_short