Dżdżysty chłodny poranek, 25 marca 1957 r. Godzina 9.30. Z kamienicy pod numerem 22 wybiega młody mężczyzna. – Milicja, napad! – krzyczy nieprzytomnym głosem.

Kilkanaście minut później pod domem zatrzymuje się kawalkada samochodów milicyjnych. W dwupokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze zajmowanym przez rodzinę Gorzelów roi się od mundurowych, techników i ubranych po cywilnemu tajniaków. Dołącza lekarz sądowy i prokurator.

Widok jest przerażający. W przedpokoju kałuża pociemniałej krwi. Krwawe ślady prowadzą do sypialni, gdzie leżą dwa martwe ciała: kobiety i mężczyzny. Oboje w średnim wieku. To gospodarze: Franciszka i Mieczysław Gorzelowie. Mają roztrzaskane głowy. Zdaniem lekarza, ponieśli śmierć na skutek licznych uderzeń twardym, ciężkim narzędziem o tępych krawędziach. Początkowo przypuszczano, że narzędziem zbrodni był klucz francuski, znaleziony w mieszkaniu (potem okazało się, że Gorzelowie zginęli od ciosów zadanych młotkiem). Zgon, zdaniem lekarza, nastąpił zaledwie kilkadziesiąt minut przed znalezieniem ciał.

W chwili znalezienia zwłok w mieszkaniu było dwoje domowników. Ryszard Gorzel, starszy syn Franciszki i Mieczysława oraz ich szwagierka, żona brata gospodarza. Druga rodzina Gorzelów zajmowała osobny pokój. Klementyna Gorzel nie wchodziła w poniedziałek rano do sypialni szwagrów. Zajrzał tam natomiast 20–letni Ryszard, który pracował jako mechanik w warsztacie przy ulicy Orlej (zaledwie kilka ulic od 3 Maja) i wpadał do domu na drugie śniadanie.

– 25 marca pracowałem od siódmej rano i po dwóch godzinach zgłodniałem. W domu był bigos z poprzedniego dnia… – zeznawał do protokołu, przystojny młodzieniec z fryzurą na Jamesa Deana. – W mieszkaniu nie zastałem rodziców. Byłem przekonany, że są w pracy.

Po śniadaniu miałem wracać do warsztatu. Wychodząc, spojrzałem w kierunku sypialni rodziców. Dopiero wtedy zauważyłem krew na podłodze w przedpokoju. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem ich martwych…

W pokoju Franciszki i Mieczysława był straszliwy bałagan. Z rozwartej na oścież szafy wyciągnięto ubrania, a na tapczanie porozrzucano dokumenty. Pierwsze wrażenie: ktoś tu czegoś szukał. Być może złota lub innych kosztowności. A zatem mord rabunkowy!

 

***

Gorzelowie należeli do ludzi dobrze sytuowanych. Franciszka była prezesem Spółdzielni Pracy Usług Kolejowych w Lublinie. Pełniła też funkcję radnej Miejskiej Rady Narodowej i przewodniczącej lubelskiej Ligi Kobiet. Mieczysław był aktywistą ZBoWiD (Związek Bojowników o Wolność i Demokrację – przyp. red.). Pracował w zarządzie okręgowym tej organizacji. Gorzelowie zajmowali obszerne – jak na tamte czasy – mieszkanie w kamienicy, w prestiżowej części miasta. Oboje należeli do PZPR. Być może złodziej i morderca w jednej osobie liczył na obfity łup?

Jednakże już w trakcie wstępnych czynności śledczych, pojawiły się wątpliwości, co do prawdziwego motywu zabójstwa. Co prawda sprawca ukradł z portfela Gorzelowej 450 zł, ale jeśli szukał kosztowności to dlaczego nie zdjął drogiego zegarka, jaki Franciszka miała na przegubie ręki? Czemu nie zabrał z kieszeni Mieczysława Gorzela ponad 2 tys. zł?

Kolejny znak zapytania to sposób w jaki morderca dostał się do mieszkania. Ustalono, że zgon małżonków nastąpił około godziny siódmej. Ryszard Gorzel zeznał, że wyszedł do pracy około 6.50. Parę minut wcześniej mieszkanie opuścili: młodszy syn Gorzelów, Janusz (udał się do szkoły) oraz brat Mieczysława – Bronisław (poszedł do pracy). W domu została Franciszka, która szła do pracy nieco później, jej mąż (przebywający na zwolnieniu lekarskim) oraz szwagierka Klementyna (akurat tego dnia nie pracowała). Zabójca musiał do nich przyjść dosłownie chwilę po opuszczeniu mieszkania przez Ryszarda. Co ciekawe, ani nie stwierdzono śladów włamania, ani nikt nie słyszał odgłosów dobijania się do Gorzelów czy też podniesionych głosów, jakie zazwyczaj towarzyszą takim sytuacjom. A przecież o tej porze ludzie byli już na nogach, przygotowując się do wyjścia do pracy lub szykując dzieci do szkoły.

Przyjmując wersję odwiedzin, należałoby założyć, że morderca cicho zapukał, otworzono mu i wszedł. Jednakże o tak wczesnej godzinie Gorzelowie nie wpuściliby do mieszkania obcej osoby. To musiał być człowiek, którego dobrze znali, a wizyta raczej nie miała oficjalnego charakteru, ponieważ Franciszka została zamordowana w chwili, gdy robiła sobie makijaż.

 

***

Zabójstwo prominentnych aktywistów partyjnych odbiło się w Lublinie szerokim echem. Przez kilka pierwszych dni po zbrodni był to temat nr 1 w mieście. Nawet zbliżająca się szybkimi krokami inauguracja wiosennej rundy rozgrywek piłkarskich i nadzieje kibiców, że Stal FSC Lublin, po kiepskiej jesieni pokaże wreszcie klasę, zeszły na dalszy plan. Prasa umiejętnie podgrzewała nastroje, codziennie donosząc o szczegółach śledztwa. Po gazety ustawiały się długie kolejki, a pewnego dnia nawet przewrócono kiosk „Ruchu”, żeby tylko dostać najnowszy numer „Kuriera”.

Wieści dochodzące z prokuratury i milicji były coraz bardziej zaskakujące, bowiem podejrzenia zaczęły koncentrować się na synu ofiar. Na ubraniu Ryszarda Gorzela ujawniono ślady krwi, należącej do jego matki. Na skroni miał niewielką świeżą szramę. Tłumaczenia młodzieńca, że poplamił się krwią, gdy pochylił się nad martwą matką, a zadrapał w pracy nie przekonywały śledczych. Aczkolwiek nie dowodziły, że Gorzel kłamie.

Najdziwniejsze było jednak zachowanie Ryszarda po znalezieniu w sypialni zwłok rodziców. Gwałtownie wybiegł z mieszkania, krzycząc: „Milicja, napad!”. Najwyraźniej był w szoku, co zważywszy na okoliczności było całkowicie zrozumiałe. Jednakże, nie biegł z sypialni do drzwi wyjściowych po linii prostej, chociaż tak jest najbliżej. Ominął widniejącą w przedpokoju krew. W jakim celu to zrobił?

Mimo takich znaków zapytania organy ścigania ani dziennikarze nie mówili wprost, że Ryszard Gorzel zamordował rodziców. Jednak ludzie swoje wiedzieli. Nie czekali na szczegółowe wyniki sekcji zwłok i badań kryminalistycznych. Dla części lublinian Ryszard Gorzel już był podwójnym mordercą! Można by się spodziewać, że byli przepełnieni potępieniem dla osobnika, który złamał czwarte przykazanie boskie. Nic bardziej mylnego. Na wielu twarzach można było dostrzec złośliwą satysfakcję! Bo chociaż syn zabójca, to takich ludzi jak Franciszka i Mieczysław wcale nie było im szkoda.

Dlaczego z taką zjadliwą nienawiścią wyrażano się o zamordowanych? Odpowiedź tkwi w przeszłości Gorzelów. Oboje pochodzili z rodzin chłopskich. Oboje mieli zdecydowanie rewolucyjne poglądy polityczne. Podczas okupacji niemieckiej walczyli w ludowych oddziałach partyzanckich. A po tzw. wyzwoleniu w 1944 r. organizowali struktury PPR-owskie w miejscowości Kozice, gdzie mieszkali w czasie wojny z całą rodziną. W 1945 r. przeprowadzili się do Lublina. Zrobili to w obawie o życie. Aktywność polityczno-społeczna Gorzelów ściągnęła na nich gniew podziemia niepodległościowego. Na małżonków wydano wyrok śmierci, wielokrotnie im grożono i ostrzeliwano ich dom.

 

W Lublinie Franciszka Gorzelowa pięła się po szczeblach kariery politycznej i zawodowej, mimo iż ukończyła tylko sześć klas szkoły powszechnej. Nie cieszyła się sympatią współpracowników. Była apodyktyczna, wredna, krzywdziła ludzi i wszędzie widziała wrogów. Partia była dla niej ważniejsza od synów, których prawie nie dostrzegała. I za to wszystko spotyka w końcu Gorzelów zasłużona kara. A sprawiedliwość została wymierzona ręką syna. Czy zresztą syna? W powodzi plotek można było usłyszeć, że Ryszard to dziecko żydowskie, które Gorzelowie wzięli na wychowanie, po zamordowaniu rodziców chłopca…

To bzdura, ale polityczny wątek zabójstwa lansował nawet… związany z PZPR-em „Sztandar Ludu”. Jednakże organ prasowy „przewodniej siły narodu” nie oskarżał o morderstwo Ryszarda Gorzela, lecz sugerował, że zrobili to członkowie „reakcyjnej bandy”, która od 1945 r. prześladowała tę zacną rodzinę.

 

***

Prawda o zbrodni była jednak banalna. Badania laboratoryjne znalezionego podczas rewizji w warsztacie na Orlej młotka, którym zabito małżonków, ponad wszelką wątpliwość, wykazały na narzędziu zbrodni ślady należące do syna ofiar. To ostatecznie pogrążyło Ryszarda Gorzela. 29 marca mężczyzna został aresztowany, a następnego dnia przyznał się do zamordowania rodziców.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze