Ukochana teściowa chciała mnie ubezwłasnowolnić i odebrać mi dzieci – wyznaje 34-letnia dietetyczka. – Tylko nadzwyczajny zbieg okoliczności, a może zwykły przypadek sprawił, że nie zostałam ubezwłasnowolniona i zamknięta w zakładzie dla psychicznie i umysłowo chorych, że nie pozbawiono mnie wolności i rozdzielono z moimi dziećmi, które stanowiły jedyny sens mego życia.

Kiedyś słuchając dowcipów o teściowej, traktowałam je z przymrużeniem oka. Moja mama była teściową i niejednokrotnie obserwowałam, w jak zażyłych stosunkach była ze swoją synową, jak wspólnie prowadziły różne „knowania”, aby sprawić radość memu bratu. Czasami byłam nawet zazdrosna o względy, jakimi mama darzyła bratową, a które, jak uważałam, mnie się należały. Nic dziwnego, że moje wyobrażenia o teściowych były odmienne od powszechnych stereotypów. Ale życie obeszło się ze mną bardzo srogo. Ja, która uważałam teściową za oparcie małżeńskiego stadła, za kogoś, kto gotów jest poświęcić życie dla dobra synowej i syna, padłam ofiarą okrutnej intrygi, której autorką był nie kto inny, jak właśnie moja teściowa.

 

***

Szymona poznałam jeszcze w dzieciństwie. Chodziliśmy do tej samej szkoły i chętnie spędzaliśmy wspólnie czas po lekcjach. Później nasze drogi się rozeszły. Spotkaliśmy się po latach i wówczas zrodziła się między nami miłość. Ślub był wspaniały, przynajmniej ja tak sądziłam. Byłam też przekonana, że w mamie mojego męża znajdę oparcie.

Teściowa przypadła mi do gustu, była bardzo opiekuńcza i sprawiała wrażenie, że będzie się o mnie troszczyła jeszcze bardziej niż o własnego syna. Już w dzień ślubu dała temu wyraz. – Różyczko, nie rób takiej przerażonej miny, jesteśmy z tobą. A nieco później mówiła – Kochanie, jesteś za bardzo stremowana, popraw makijaż, bo ci się trochę szminka rozmazała. Wszystkie te uwagi przyjmowałam jako przejaw troski o mnie. Chociaż przemknęła mi też przez głowę myśl, czy nie chodzi jej o to, żebym nie skompromitowała jej syna swoim zachowaniem lub strojem.

Starałam się nie urazić męża ani teściowej i odgadywać ich pragnienia, początkowo nawet to mi się udawało. – Mamusiu, może mama odpocznie, a ja się zajmę obiadem, przecież technologia żywienia to moja specjalność. – Dobrze dziecko, ale muszę ci wytłumaczyć, co zrobimy na obiad, bo Szymuś lubi tylko moje specjały.

Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć na taki argument. Pozostawała mi tylko rola pomocy kuchennej. Chociaż na usta cisnęły mi się różne słowa, że przecież to ja znam się na racjonalnym żywieniu lepiej niż teściowa, ekonomistka z wykształcenia, nie chciałam jednak zadrażniać naszych stosunków. Pewnego dnia nieopatrznie jednak wyraziłam swoje poglądy. – Mamusiu, takie jedzenie jest niezdrowe, może spowodować, że będziemy mieli kłopoty z przemianą materii i wdadzą się różne choroby. Jej odpowiedź była jednak zdecydowana. – Co ty wiesz na ten temat? Ćwierć wieku wychowuję mojego syna i wiem najlepiej, co jest dla niego dobre.

Dla mnie nie były to wystarczające argumenty, ale dla dobra rodziny kapitulowałam i chcąc załagodzić sytuację, dodawałam: – Masz rację mamo, znasz lepiej upodobania Szymona i zrobimy tak, jak mówisz. Celowo dodawałam „zrobimy”, bowiem to mama przygotowywała posiłki, mnie coraz rzadziej dopuszczając do udziału w tych czynnościach. Sądziłam, że był to przejaw troski również o mnie. Nie potrafiłam jednak znaleźć wytłumaczenia, czemu mają służyć uwagi dotyczące mojego stylu ubierania się, nie mówiąc już o wystroju wnętrz i doboru mebli nawet w naszym małżeńskim pokoju. – Masz zły gust. Różo, powiedz, czy gdzieś się spotkałaś z takim stylem? To wszystko do siebie nie pasuje. Za młoda jesteś i musisz się jeszcze dużo nauczyć.

Najgorsze, że mój mąż we wszystkim podzielał zdanie mamusi i nawet, gdy ja miałam rację, nie potrafił ująć się za mną. – Mamusia ma rację – mówił – ta bluzka zupełnie nie pasuje, a z pudru musisz zrezygnować, bo niszczy twoją naturalną cerę, a masz ją bardzo ładną i delikatną.

 

Dobrze, że chociaż to zauważył. Na moje uwagi, żeby coś zrobił, bo mama za bardzo wtrąca się w nasze życie, Szymon odpowiadał: – Różyczko, kocham cię, ale nie mogę sprzeczać się z mamą. Ona chce dla nas jak najlepiej. Same musicie dojść do porozumienia. Zazwyczaj dochodziłyśmy. Kosztem moich wyrzeczeń, podporządkowania się i robienia dobrej miny do złej gry. To był mój błąd, za który przyszło mi zapłacić później. Błąd, który omal nie doprowadził do utraty dzieci i mojego ubezwłasnowolnienia.

 

***

Do rządów teściowej przyzwyczaiłam się i jej apodyktyczność starałam się traktować jako przejaw opiekuńczości, bo tak to wyglądało z boku. Wbrew moim przekonaniom robiłam wszystko, by postępować według upodobań teściowej. Wszystko dla dobra mojej rodziny, tym bardziej, że byłam w ciąży i myśl o macierzyństwie wprost mnie przerażała. Nie dlatego, żebym nie chciała dziecka, wprost przeciwnie, pragnęłam go i oczekiwałam. Obawiałam się tylko, czy podołam obowiązkom macierzyńskim. Czy zdołam zapewnić dziecku odpowiednie wychowanie, skoro sama czułam się niedowartościowana, pozbawiona własnego zdania i oparcia ze strony męża.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze