W nowym terminalu przylotów na międzynarodowym lotnisku Okęcie w Warszawie, kłębił się tłum ludzi oczekujących na przyjazd swych najbliższych, przyjaciół lub znajomych. Był wczesny wieczór, czyli pora, kiedy niemalże jeden za drugim lądowały samoloty z wielu europejskich miast.

Tłok w sali przylotów robił się coraz większy, bowiem liczni pasażerowie wychodzący z pomieszczenia odprawy paszportowej i celnej zatrzymywali się w przejściu, wylewnie witani przez osoby nań oczekujące.

Wśród tych wszystkich ludzi snuli się smętnie jacyś wymięci faceci, którzy konfidencjonalnym szeptem zaczepiali wyglądających na cudzoziemców pasażerów, proponując im podwiezienie taksówką. Niektórzy obcokrajowcy, nieświadomi panujących na warszawskim lotnisku dziwnych taksiarskich obyczajów (nie wiedzieć czemu ciągle tolerowanych przez władze), dawali się zaciągnąć do taksówki, płacąc potem za kurs niekoniecznie według wskazań licznika.

Pan Jerzy stał nieco z boku, obserwując nerwowe dreptanie oczekujących, także witających się ludzi i taksówkarzy polujących na klientów. Czekał na przylot żony z Brukseli, urzędniczki wyższego szczebla jednego z ministerstw. Samolot miał dwudziestominutowe opóźnienie, więc dla zabicia czasu spacerował po sali przylotów, zatrzymując się co chwilę w różnych miejscach.

Zza rozsuwających się drzwi pomieszczeń odprawy paszportowej i celnej, zaczęli właśnie tłumnie wychodzić pasażerowie samolotu z Frankfurtu, który wylądował przed piętnastoma minutami. Wśród wychodzących wyróżniała się grupa japońskich turystów, którzy w zbitej gromadce karnie podążali za swoją przewodniczką. Za nimi wychodzili kolejni pasażerowie, wśród których pan Jerzy zwrócił uwagę na kilku czarnoskórych młodych mężczyzn, grupę dziewcząt w sportowych dresach z barwami znanego klubu, także na eleganckich dżentelmenów, wyglądających na zamożnych biznesmenów oraz wielu innych mężczyzn i kobiet, pchających przed sobą wózki bagażowe z piętrzącymi się na nich walizami i torbami. Nie chcąc zawadzać tej ludzkiej ciżbie kierującej się do wyjścia na zewnątrz, pan Jerzy przeszedł na prawą stronę sali, w kierunku ruchomych schodów w okolice barku kawowego i trzech usytuowanych tam bankomatów.

W pewnej chwili jego uwagę zwrócił śniadolicy dżentelmen w ciemnym garniturze, który z niewielkim neseserkiem w ręku i foliową torbą z napisem „Duty Free”, stanął przy jednym z bankomatów. Chwilę się jakby zastanawiał, po czym skierował się do małej kawiarenki typu bistro. Usiadł przy stoliku i zamówił kawę. To był jeden z tych biznesmenów, którzy przed kilkunastoma minutami przylecieli z Frankfurtu. Neseser i foliową torbę postawił na podłodze, pod kawiarnianym stolikiem. Niespiesznie popijając kawę, uważnie omiatał wzrokiem salę przylotów. W pewnym momencie wstał, podniósł neseser i szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Plastikowa reklamówka pozostała pod kawiarnianym stolikiem.

W pierwszej chwili pan Jerzy, który kątem oka obserwował tego mężczyznę, chciał pobiec za tym człowiekiem, żeby mu powiedzieć, że zapomniał o swoim bagażu. Jednak w tej samej chwili – pomny terrorystycznego zagrożenia – w jego głowie „zadźwięczał” dzwonek alarmowy. Jak błyskawica przeleciała mu myśl, że w tej plastikowej torbie może być bomba. Nie namyślając się ani chwili, szybko podszedł do ubranego w ciemnozielony mundur funkcjonariusza ochrony lotniska, który patrolował salę przylotów, i w kilku zdaniach opowiedział mu o swych spostrzeżeniach. Funkcjonariusz natychmiast podszedł do plastikowej reklamówki, ciągle leżącej na posadzce pod kawiarnianym stolikiem i ostrożnie zajrzał do wnętrza. Nachylony nad pozostawionym bagażem, z przerażeniem usłyszał dobiegający z torby dźwięk tykającego zegara. Kilka sekund później podniósł głowę, spojrzał na tłum ludzi przebywający w sali przylotów i błyskawicznie podjął ryzykowną decyzję.

Delikatnie podniósł pakunek z ziemi, i pędem pobiegł do najbliższego wyjścia z terminalu. Biegł w lewo, jak najdalej od tłumu ludzi. Po kilkunastu sekundach dobiegł do mało używanych, zewnętrznych stalowych schodów, prowadzących do hali odlotów. Delikatnie położył pod stalową płytą tych schodów trefny pakunek, sam zaś osłonięty potężnym filarem, przez radiotelefon powiadomił przełożonych o zdarzeniu.

Funkcjonariusze błyskawicznie zabezpieczyli teren, ewakuowali wszystkie osoby będące w strefie zagrożenia, zamknęli wjazd do terminalu i sprowadzili specjalistów pirotechników. Na szczęście bomba nie wybuchła i policyjni eksperci za pomocą zdalnie sterowanego robota umieścili podejrzany pakunek w specjalnej beczce i wywieźli z terenu lotniska. W tym samym czasie policyjna ekipa specjalistów kryminalistyki zabezpieczała ślady przestępcy w kawowym bistro.

Kilka godzin później okazało się, że ktoś celowo dopuścił się makabrycznego żartu. W plastikowej reklamówce była bowiem… atrapa ładunku wybuchowego, wiązka przewodów elektrycznych i głośno tykający, metalowy budzik… Całe to urządzenie przykryte było saszetką zawierającą przybory do golenia, szczoteczkę do zębów i grzebień.

Policja postanowiła za wszelką cenę wytropić niebezpiecznego żartownisia. Dysponowała już bowiem portretem pamięciowym sprawcy, sporządzonym na podstawie opisu pana Jerzego, który jako naoczny świadek podał następujący rysopis: – „Mężczyzna w wieku około 35 lat, wzrost około 175 cm szczupłej budowy ciała, w okularach (złota cienka oprawa), twarz pociągła o ciemnej karnacji skóry, włosy czarne, wąsy i niewielka broda również czarne.”

Po kilku dniach intensywnych poszukiwań w całym kraju, policja zatrzymała trzech mężczyzn, którzy mogli być sprawcami tego makabrycznego żartu. Co prawda nazwisko żadnego z nich nie figurowało na liście pasażerów samolotów lądujących tamtego dnia na Okęciu, to jednak funkcjonariusze podejrzewali, że sprawca mógł posłużyć się lewym paszportem na inne nazwisko. Na plastikowej torbie, ani na żadnym przedmiocie stanowiącym jej zawartość, jak i na saszetce z przyborami do golenia, grzebieniem i szczoteczką do zębów, nie udało się odnaleźć żadnych odcisków palców. Sprawca działał z premedytacją i najprawdopodobniej zatarł wszelkie ślady. Kierujący dochodzeniem oficer, wraz ze specjalnie powołanym  do wykrycia sprawcy zespołem funkcjonariuszy ze Stołecznej Komendy Policji, zarządził okazanie wszystkich trzech podejrzanych panu Jerzemu. Każdemu z nich świadek przyglądał się uważnie przez lustro weneckie, jednak w żadnym nie rozpoznał sprawcy, bowiem pierwszy z nich był łysy, a dwaj pozostali byli blondynami. Żaden z nich nie nosił okularów, nie miał śniadej twarzy i oczywiście nie miał wąsów ani brody.

Eksperci policyjni ustalili też ponad wszelką wątpliwość, że (nie licząc łysego) żaden z pozostałej dwójki nie miał obecnie przefarbowanych włosów. W tej sytuacji wydawało się, że śledztwo utknęło w martwym punkcie, a trójkę zatrzymanych trzeba będzie zwolnić.

Na szczęście tak jednak nie było. Policja miała jeszcze przynajmniej pięć sposobów identyfikacji makabrycznego żartownisia.

Jakie to sposoby?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze