Tropem piramidalnego oszustwa

Tropem piramidalnego oszustwaSchemat jest zawsze ten sam: dobry marketing, przemawiająca do wyobraźni człowieka nieobeznanego z finansami obietnica krociowych zysków, potem plajta i ściganie sprawców. Nabierają się wszyscy – biznesmeni, robotnicy, studenci, emeryci. Piramidy finansowe pojawiają się i znikają. Niekiedy tylko zmienia się mechanizm, w który opakowane jest misterne oszustwo, niemniej efekt jest zawsze ten sam. Pomimo apeli i ostrzeżeń nadal znajdują się ludzie, którzy omamieni chęcią zysku ryzykują niekiedy oszczędności całego życia.

 

Nierozwiązana i nieosądzona do tej pory sprawa Amber Gold była jednym z najbardziej spektakularnych oszustw finansowych ostatniego ćwierćwiecza. Choć latem tego roku minie pięć lat od upadku największej polskiej piramidy finansowej XXI wieku, to jednak nadal jest w niej wiele znaków zapytania. Jak to się stało, że dwójka nikomu nieznanych ludzi, praktycznie bez żadnego kapitału, stworzyła doskonale prosperującą ogólnopolską strukturę, dzięki której wyłudziła – według ustaleń prokuratury – około 850 mln zł, a ich ofiarą padło 19 tysięcy ludzi?! Wielu inwestorów straciło po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tys. zł. W czasie ogólnoświatowego kryzysu twórcy struktury obiecywali ludziom cudowne pomnożenie zainwestowanego kapitału, który miał być lokowany w złotym kruszcu. Rosnące na całym świecie ceny złota pomagały im uwiarygodnić działalność, zaś obietnice zysku w wysokości kilkunastu procent rocznie (w czasie, gdy tradycyjne banki oferowały trzy razy mniej) były niezwykle kuszące. Ludzie dawali wiarę wielkim reklamom, dopiero po czasie przyszło im za to słono zapłacić.

Długa historia jednego przestępstwa

O piramidach finansowych nie można powiedzieć, że są stare jak świat, bo pierwsze z nich powstały dopiero pod koniec XIX wieku, wraz z upowszechnieniem pieniędzy w obiegu. Od tamtej pory co pewien czas pojawiają się oszuści, którzy skutecznie wykorzystują ludzką wiarę i naiwność, że posiadany majątek można pomnożyć bez ryzyka i wysiłku.

Niestety, cudów nie ma. Jeśli ktokolwiek zarabia, to są to twórcy owych piramid, parabanków i różnego rodzaju przedsięwzięć inwestycyjnych, opakowanych w piękne słowa i reklamowy bełkot. Mechanizm działania jest identyczny: łatwowierni inwestorzy zwabieni obietnicą ponadprzeciętnych zysków powierzają pseudobankierom swoje pieniądze. Pierwsi klienci parabanków często dostają duże procenty, bo jest to najlepszy sposób na łowienie kolejnych naiwnych. Interes się kręci, dopóki kolejni chętni wpłacają fundusze, bo to z ich pieniędzy wypłaca się procenty tym, którzy zainwestowali wcześniej. Skuszeni obietnicami dużych zysków inwestorzy, często niemający pojęcia o finansach, powierzają swoje oszczędności takiemu „bankierowi”, który jednak pieniędzy nie inwestuje, a jedynie finansuje z ich pomocą bieżące wypłaty. Ostatni, którzy wpłacili pieniądze, nie mają szans ani na wysokie procenty, ani nawet na odzyskanie zainwestowanego kapitału. Wygranymi są jedynie ci, którzy rozkręcili cały ten biznes – na maksymalnym etapie jego rozwoju albo w momencie, kiedy pojawia się widmo bankructwa. Wtedy zwijają interes lub uciekają daleko w świat i ginie po nich wszelki ślad.

Pierwszym parabankierem był niejaki William Miller, który w 1899 roku wymyślił piramidę finansową pod nazwą Franklin Syndicate. Miller obiecywał wszystkim uczestnikom swojej piramidy 10 procent zysku miesięcznie. Został aresztowany po tym, jak zdefraudował pieniądze naiwnych inwestorów, a jego działalność opisał jeden z dziennikarzy w Bostonie. Inwestorzy wpadli w popłoch, w ciągu kilku dni setki ludzi zażądało wypłaty kapitału. Piramida błyskawicznie upadła. W sumie Miller zdefraudował ponad 100 tysięcy dolarów, co wedle dzisiejszej siły nabywczej odpowiada około milionowi dolarów. Został skazany na 10 lat więzienia. Po wyjściu na wolność otworzył sklep z warzywami na Long Island i już do końca życia trzymał się z daleka od jakichkolwiek operacji finansowych.

Choć William Miller był pierwszy, to jednak za twórcę finansowych przekrętów uważa się Charlesa Ponziego. Może dlatego, że jego przestępstwo było bardziej finezyjne i – na pierwszy rzut oka nie wyglądało na ordynarne oszustwo. Ponzi na początku XX wieku przypłynął z Półwyspu Apenińskiego do Stanów Zjednoczonych. Imał się różnych zajęć, nie zawsze legalnych, dlatego szybko znalazł się w kręgu zainteresowania tamtejszej policji. Swoją karierę zaczął od zmywania naczyń w restauracji. Potem awansował na kelnera, był też tłumaczem. W 1907 roku przeniósł się do Montrealu, gdzie znalazł pracę jako kasjer w Banku Zarossi. Gdy bank zbankrutował z powodu udzielania złych kredytów, Ponzi został bez grosza przy duszy. Wtedy też zaczęły się jego problemy z prawem. Po próbie wyłudzenia pieniędzy trafił na 3 lata za kratki. W liście do swojej matki napisał, że owszem, przebywa w więzieniu, ale w charakterze… pracownika. Po wyjściu na wolność wpadł na pomysł wielkiego oszustwa, które zapewniło mu miejsce w światowych kronikach kryminalnych. Strzałem w dziesiątkę był handel znaczkami pocztowymi. Wykorzystał fakt, że ten sam znaczek był wielokrotnie więcej wart za oceanem niż we Włoszech. Zaczął je masowo sprowadzać z Italii i sprzedawał z zyskiem w USA. Potencjalnym inwestorom, którzy byli gotowi pożyczyć mu pieniądze na rozwinięcie biznesu na większą skalę, obiecywał 400 procent zysku. Tłumaczył im także, że inwestując pieniądze u niego, mogą podwoić swój kapitał w ciągu 90 dni. Miał olbrzymi dar przekonywania. Ludzie szybko zaczęli pożyczać mu pieniądze, licząc na olbrzymie zyski.

Oferta Ponziego bardzo szybko zdobyła popularność na Wall Street. Co niektórzy, zaślepieni wizją zysków, zastawiali domy, farmy, sprzedawali cenne rzeczy, wszystko inwestując w firmę Włocha, który działał już wtedy jako powszechnie szanowany biznesmen. Inwestorzy masowo wpłacali na jego fundusz wielkie sumy, a po kilku tygodniach otrzymywali 50-procentowy zysk. W krótkim czasie „genialny” bankier wypłacił ponad 1 mln dolarów procentów, dzięki czemu okrzyknięto go „czarodziejem finansów”. Rósł nawet entuzjazm niedowiarków, bo każdy widział tych szczęśliwców, którzy po upływie zaledwie kwartału podwoili kapitał, który zainwestowali! Kiedy liczba nowych inwestorów rosła, przedsięwzięcie również się rozrastało.

Bańka mydlana musiała w końcu pęknąć. Stało się to za sprawą dociekliwych dziennikarzy, którzy zaczęli przypatrywać się kulisom całego przedsięwzięcia. Szybko ustalili, że sposób na zdobycie fortuny polegał na tym, że Ponzi wypłacał należne odsetki wyłącznie ze środków przyjmowanych od nowych inwestorów. W pewnym momencie zaczęło brakować nowych naiwnych, skłonnych zasilać stworzony przez niego fundusz swoją gotówką. System z dnia na dzień zbankrutował. Ponzi znalazł się za kratkami. Historycy twierdzą, że Ponziemu udało się naciągnąć klientów na blisko 10 mln dolarów. Aresztowano go w sierpniu 1920 roku, jednak wkrótce po wpłaceniu kaucji wyszedł na wolność. Spędził kilka lat w więzieniu, po czym deportowano go do Włoch, gdzie zmarł w 1949 roku w skrajnym ubóstwie. Jego nazwisko na zawsze pozostanie związane z rodzajem oszustwa finansowego zwanego piramidą, a on sam uzyskał znaczące, choć niechlubne miejsce w historii przekrętów finansowych.

Eldorado

Głupich nie sieją, bo sami się rodzą i pewnie dlatego kroniki kryminalne na całym świecie od ponad 100 lat notują przykłady naśladowców Ponziego. Pomysłowość oszustów, proponujących szybkie wzbogacenie się za pośrednictwem pozornie prostych interesów, jest ogromna. Aby się przed nimi uchronić, nie trzeba stosować wyrafinowanych systemów bezpieczeństwa. Wystarczy mieć świadomość, że na świecie nie ma nic za darmo, a jedyne w swoim rodzaju tzw. nadzwyczajne i niepowtarzalne okazje, trafiają się jedynie w filmach i na łamach książek.

W Polsce pierwsze piramidy finansowe pojawiły się w okresie transformacji ustrojowej, na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia. Parabankierom w tamtym czasie sprzyjało ówczesne prawo, bo na rynku finansów panował niemal Dziki Zachód. Za przyjmowanie i gromadzenie pieniężnych depozytów do kwietnia 1992 roku nie groziła żadna sankcja karna, zaś organy ścigania wkraczały do działania o wiele za późno.

Tropem piramidalnego oszustwa-2
Najgłośniejszą była Bezpieczna Kasa Oszczędności Lecha Grobelnego, który pierwsze duże pieniądze zarobił, handlując w całej Polsce obrazkami z wizerunkiem Jana Pawła II. Jednak dopiero dzięki BKO stał się sławny i bogaty: dorobił się m.in. willi, dwóch jachtów, zbudował sieć laboratoriów fotografii barwnej. Lech Grobelny obiecywał klientom odsetki znacznie przewyższające oprocentowanie wkładów bankowych. Całostronicowe reklamy w gazetach, w których obiecywał oprocentowanie dochodzące do 300(!) procent zrobiły swoje – kilka tysięcy osób powierzyło mu swoje pieniądze z nadzieją na doskonały biznes.

 

Tamta oferta trafiła na podatny grunt: w Polsce szalała inflacja, niektórzy ludzie byli przerażeni, że gromadzone przez lata oszczędności stracą na wartości. Przez krótki okres Grobelny urósł niemal do roli eksperta gospodarczego. Zbudowane na papierowych podstawach imperium nie przetrwało jednak zbyt długo. W czerwcu 1990 roku Grobelny wyjechał za granicę i ślad po nim zaginął. Nie pozostawił nikomu pełnomocnictw do prowadzenia spółek. Nikt nie wiedział, gdzie jest, nie było z nim żadnego kontaktu, a on sam nie kontaktował się ze swoimi pracownikami. Ci nie wiedzieli, co dalej robić. Klienci BKO, którzy odchodzili od punktów kasowych bez możliwości wypłaty zdeponowanej u pana G. gotówki, dopiero wtedy zrozumieli, że zostali oszukani… Ale na ratowanie pieniędzy było już za późno. Rozesłano za nim listy gończe, poszukiwał go Interpol. Udało się go zatrzymać 17 kwietnia 1992 roku niedaleko Hanoweru, jednak wierzyciele nie odzyskali praktycznie żadnych pieniędzy. Spędził w areszcie kilka lat. Ostatecznie śledztwo zostało umorzone w grudniu 2002 roku, gdyż nie znaleziono dostatecznych dowodów winy podejrzanego, a wszelkie wątpliwości, które pojawiły się w śledztwie trzeba było rozstrzygnąć na jego korzyść.

Życie dopisało okrutną puentę do tej historii. Pod koniec kwietnia 2007 roku w pawilonie handlowym na warszawskim Targówku, gdzie od pewnego czasu mieszkał Lech Grobelny, znaleziono jego zwłoki. Jak informowała Polska Agencja Prasowa „funkcjonariuszy wezwali sąsiedzi, których zaniepokoiło uporczywe miauczenie kota. Według przybyłego na miejsce lekarza śmierć mężczyzny mogła nastąpić 5 dni wcześniej”. Został zamordowany, sprawców nigdy nie znaleziono.

Początek III RP to było prawdziwe eldorado dla wszelkiej maści oszustów finansowych. Szacuje się, że tylko w pierwszej połowie lat 90. w Polsce działało ponad 40 parabanków i piramid finansowych. Ich twórców często kreowano na genialnych biznesmenów, którzy jak ryba w wodzie potrafili odnaleźć się w gospodarce wolnorynkowej. Byli obsypywani nagrodami dla najlepszych przedsiębiorców. Ich firmy uznawano za wzorcowe. Powszechnie wydawało się, że swoje biznesy budowali na profesjonalizmie, reputacji i zaufaniu. Dopiero z czasem okazywało się, że za fasadą wielkich imperiów stały kolosy na glinianych nogach.

Bardziej wyrafinowaną piramidą w latach 90. były systemy podobne do tzw. łańcuszka św. Antoniego. Przykładem jest działająca w Niemczech piramida World Trading System, którą w 1993 roku sprowadził do Polski i rozpropagował pod nazwą „Skyline” Mariusz K. Na doskonale zorganizowanych spotkaniach, podczas których werbowano uczestników piramidy, wmawiano im, iż są szczęśliwymi wybrańcami. Wielu dało się na to nabrać i werbowało kolejnych uczestników, bo tylko w ten sposób mogli odzyskać zainwestowane 2 tys. marek niemieckich i zacząć czerpać profity z uczestnictwa w programie. Każda osoba wchodząca do firmy wpłacała pieniądze, które miała szanse odzyskać, gdy udało jej się wciągnąć do systemu czterech kolejnych kandydatów. Wniosek o przyjęcie zawierał informację, iż zyski, jakie osiągnie każdy członek systemu, podlegają opodatkowaniu, zaś każdy uczestnik zobowiązany jest do rozliczenia osiągniętego dochodu. Stwarzało to pozory legalności działań.

Mariusz K. nie nacieszył się długo zdobytą fortuną. W jego przypadku sprawdziło się hasło, że pieniądze szczęścia nie dają. Został zamordowany na zlecenie swojej kochanki i właścicielka konta bankowego, na którym przechowywane były środki pochodzące z piramidy. Kobieta została skazana na 15 lat pozbawienia wolności.

Szachraj

BUTTON1_short