Konstantynów, niewielka miejscowość niedaleko Łodzi. Wrzesień 1972 roku.

– Specjalnie nie wybieraliśmy samochodu. Ten akurat stał jako pierwszy czy drugi. Wsiedliśmy do niego – opowiadał po latach Konstanty Feder. – Pojechaliśmy do lasku, kawałek za Konstantynowem. Chcieliśmy zabrać samochód. Kazaliśmy taksówkarzowi wyskakiwać z wozu. A on na to, że nie ma gotówki, ale nam przecież nie o kasę chodziło. Nie chciał wysiąść. Kiedy zobaczył broń powiedział: Schowajcie to gówniarze. Nie chciałem go zabić. Samo tak wyszło. Zaczęliśmy się szarpać. Kierowca wcale nie uciekał. Nie wiedziałem, co chciał zrobić, ale mimo to strzeliłem – ciągnął mężczyzna. – Wcale tego nie planowaliśmy. Liczyliśmy, że potulnie wysiądzie z samochodu i ucieknie. Taki mieliśmy plan.

 

Trzeba „zrobić” fiata

 Janusz Dębiński (18 lat) i Konstanty Feder (17 lat) chcieli uciec z Polski, w której, ich zdaniem, nie czekało ich nic ciekawego. Snuli plany… Obrali kierunek – RFN.

– Trzeba „zrobić” fiata – miał mówić Dębiński. – Samochodem można szybciej dostać się do granicy.

14 września 1972 roku wyposażeni w dwa pistolety pojechali do Łodzi.

Broń mieli z prywatnej kolekcji Janusza, który interesował się militariami i cały czas, w miarę możliwości, powiększał kolekcję. Dębiński wziął belgijskiego Meliora, a Feder tzw. „samodział” (pistolet własnoręcznie wykonany przez Janusza) i amunicję. Pojechali do Łodzi. Szukali postoju taksówek. Na pierwszym stała tylko warszawa. Nie byli zainteresowani. Na kolejnym, przy ulicy Obrońców wymarzony fiat 125p.

Wsiadając do taksówki nr 1759, Dębiński rzucił do kierowcy, jakby od niechcenia: – Do Rszewa.

Taksówkarz, 28-letni Czesław P., nie miał nic przeciwko. Kurs za miasto zawsze jest ciekawszy i bardziej opłacalny, poza tym pieniądze miały dla niego spore znaczenie. Razem z żoną byli jeszcze na dorobku. Samochód wzięli na raty, zatem musiał na siebie zarobić.

Niedaleko Rszewa, gdzieś pod Żabiczkami, Dębiński kazał zatrzymać samochód.

Kierowca pochylił się nad licznikiem, aby sprawdzić, ile ma zainkasować i nagle poczuł lufę pistoletu przystawioną do karku. – Potrzebny nam twój samochód – usłyszał.

– Schowajcie te zabawki gówniarze – miał odpowiedzieć taksówkarz.

Potem między mężczyznami doszło do szarpaniny. Czesław P. wcale nie chciał oddawać im samochodu, dzięki któremu utrzymywał czteroosobową rodzinę.

Dębinski i Feder nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Sądzili, że gość pryśnie na widok pistoletu. Tymczasem on szarpał się i jak lew bronił swego pojazdu. Padł strzał. Mężczyzna osunął się na siedzenie pasażera.

Napastnicy przeciągnęli go na siedzenie obok i postanowili jechać dalej. Nie było to jednak proste, bo… nie potrafili prowadzić samochodu. Jeden kurczowo trzymał kierownicę, a drugi z tylnego siedzenia starał się zmieniać biegi. Efekt był taki, że uderzyli w drzewo. Przerażeni wyskoczyli z samochodu i zaczęli uciekać przez łąki i pola.

W godzinach popołudniowych Komenda Powiatowa w Łodzi dostała informację, że w Żabiczkach na skraju lasu stoi taksówka.

– Zobaczyliśmy taksówkę marki Fiat. Okazało się, że w środku jest martwy człowiek, który zginął nie na skutek wypadku, ale został postrzelony w głowę. W czasie oględzin znaleźliśmy łuskę z broni małokalibrowej – wspominał były milicjant, który tamtego wrześniowego dnia pojawił się na miejscu zdarzenia.

 

Pieniądze albo życie

 Feder i Dębiński dotarli do stacji PKP w Lublinku i wsiedli do pierwszego pociągu, jaki nadjechał. Potem podobno przesiedli się.

– Wysiedliśmy na pierwszej stacji za Kaliszem w miejscowości Ociąż i poszliśmy do wsi Fabianów – wspomina Feder. – Musieliśmy skombinować parę złotych. Cały czas chcieliśmy wyjechać za granicę, a nie mieliśmy za co. Patrzyliśmy, gdzie świeci się światło. W jednym domu światło ledwo się paliło. Myśleliśmy, że albo ktoś śpi, albo nikogo nie ma w domu, a domownicy zostawili zapaloną żarówkę, aby odstraszyć złodzieja. Ustaliliśmy, że nie będziemy do nikogo strzelać. Weszliśmy na werandę. Na wszelki wypadek zastukaliśmy. Wyszedł facet, więc powiedzieliśmy mu, aby dał nam pieniądze.

– Żadnych pieniędzy wam nie dam – miał odpowiedzieć mieszkający w tym domu stolarz. Mężczyznę bardzo rozgniewało zachowanie małolatów. Błyskawicznie złapał za lufę wymierzonej w siebie broni.

– Gdyby pistolet był odbezpieczony, sam by siebie zastrzelił – wspominał Feder.

Padł strzał. Gospodarz domu raniony w klatkę piersiową osunął się na ziemię. Charczał.

Dębiński wszedł do domu, zaraz za nim Feder. W środku zastali żonę mężczyzny i dzieci. Zażądali pieniędzy i jedzenia. Kobieta nie chciała oddać oszczędności, więc ją skrępowali i zabrali się za przeszukanie mieszkania.

 

– Pieniądze znaleźliśmy w szafie. Niewiele tego było: dwa, może trzy tysiące. Tym bardziej nie wiem czemu się tak upierała. Powinna raczej bronić siebie i dzieci. Widziała, co zrobiliśmy z jej mężem – dziwił się po latach Feder.

Zaopatrzeni w gotówkę ruszyli na stację PKP, skąd chcieli dostać się do granicy.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze