Młodość przedsiębiorczego Wojciecha B. przypadła na czasy, gdy podstawowym sposobem na „liźnięcie” lepszego świata było przejście na ciemną stronę mocy. Wiązało się to z odpowiedzialnością karną, wynikającą z ówcześnie obowiązujących przepisów: kodeksu karnego, kodeksu karno-skarbowego i prawa dewizowego.

Młodzieniec ukończył szkołę zawodową o specjalności mechanik samochodowy, co w pewnym momencie „kariery” pozwoliło mu sprofilować zainteresowania wokół szeroko rozumianej branży motoryzacyjnej. Praca czeladnika w warsztacie samochodowym przy miejscowym PKS-ie nie stanowiła szczytu marzeń młodego chłopaka. Dobrze wiedział, że kupno, a następnie sprzedaż z kilkukrotnym przebiciem deficytowych towarów natychmiast przynosi duże dochody. Zaczęło się niewinnie i trochę za sprawą przypadku.

 

Kolejkowy „stacz”

Wojciech B. wspólnie z kolegą stał w kilkudziesięcioosobowej kolejce pod sklepem obuwniczym. Właśnie „rzucili” sofiksy – jedne z najmodniejszych wówczas modeli obuwia sportowego. Chłopaki chcieli kupić kilka par, aby potem w trakcie wycieczki sprzedać je w bratnim NRD. Jednak podczas otwarcia sklepu, około godziny dziesiątej, tłum kolejkowiczów tak napierał na witrynę sklepową, że pękła w niej szyba. Sprzedawczynie zakomunikowały, że sprzedaż nie rozpocznie się, nim szklarz nie wstawi szyby w witrynie. W praktyce oznaczało to nici z zakupów.

Wojciech B. postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wraz z kolegą, którego ojciec był szklarzem zaproponowali, że pomogą rozwiązać problem. W ciągu półtorej godziny ściągnęli znajomego szklarza, który przy ich pomocy wstawił szybę, pracując od strony wnętrza sklepu – tym zaskarbili sobie wdzięczność sprzedawczyń. Po robocie chłopcy skorzystali z „pierwszeństwa” i kupili po dwadzieścia par markowych butów. Później sprzedali je z kilkukrotnym zyskiem w Niemieckiej Republice Demokratycznej.

Zarobione w ten sposób wschodnioniemieckie marki Wojciech B. zainwestował w zakup aparatów fotograficznych Praktica, produkowanych wówczas w NRD. W Polsce Ludowej był to rarytas.

Aparaty z kolei sprzedał za bony dolarowe, dzięki ogłoszeniu w lokalnej gazecie. Uzyskana w ten sposób waluta (bony dolarowe) dała mu impuls do kolejnych zyskowniejszych inwestycji. Na odsprzedaży deficytowych i trudno dostępnych produktów można było nieźle zarobić, a jeszcze lepiej – na towarach uzyskanych z większym ryzykiem, czyli ukradzionych. Numer ze stłuczoną szybą w sklepie obuwniczym natchnął Wojciecha B. do pójścia „tą drogą”.

 

Oazy luksusu – Pewexy

Wyspami luksusu w szarej rzeczywistości PRL-u były Pewexy (Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego), czyli sklepy prowadzące sprzedaż towarów z „lepszego świata”, bardziej kolorowych i lepszej jakości – za walutę bądź bony dolarowe.

Dość powszechne dzisiaj systemy alarmowe, czujki ruchu, monitoring i agencje ochrony przed 1989 rokiem nie istniały. Witryny sklepowe nie świeciły wtedy blaskiem (i nie chodzi tu o rodzaj zgromadzonych na nich towarów bądź ich brak, ale o oszczędności i przerwy w dostawie energii elektrycznej). Stąd też dobrze wyposażone, a w praktyce niechronione Pewexy stały się następnym etapem działalności „biznesowej” Wojciecha B. Modus operandi był dość prosty: sprawcy dostawali się do środka sklepu w nocy, wycinając otwór w szybie witryny sklepowej. Będąc już wewnątrz, Wojciech B. naklejał na zewnętrzną stronę szyby plakat, informujący np. o występie cyrku. Plakat zasłaniał wycięty otwór. Po spakowaniu co bardziej interesujących towarów Wojciech B. i jego kompani spokojnie opuszczali placówkę handlową przez otwór w szybie. Po wszystkim jeszcze raz zaklejali tenże otwór plakatem, znowu od zewnątrz. O kradzieży z włamaniem obsługa sklepu informowała dopiero po otwarciu placówki.

Uzyskane z Pewexu towary były wprowadzane do obrotu handlowego za pośrednictwem sieci komisów, gęsto pokrywającej ówczesną Polskę. Towar rozlokowywano w różnych województwach, żeby nie rzucać się w oczy i unikać odpowiedzi na mogące paść kłopotliwe pytania o ilość upłynnianego towaru, znacznie przekraczającego objętość paczki od cioci zza oceanu.

 

Powrót do korzeni – branża motoryzacyjna

Kilkukrotne włamania do Pewexów położonych na rubieżach ludowej ojczyzny z czasem przestały zaspokajać apetyty Wojciecha B. i jego kompanów. Dało o sobie znać wykształcenie motoryzacyjne operatywnego handlowca, wskazując na nową ścieżkę „zawodowego rozwoju”. Szlagierem polskiej motoryzacji były wówczas fiaty 125p, produkowane w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu, szumnie nazywane „dużymi fiatami”, a bardziej przyziemnie „kantami” bądź „kredensami”. Aby nabyć samochód, trzeba było posiadać talon, a potem swoje odczekać. Samochód można było oczywiście kupić na giełdzie motoryzacyjnej, ale za znacznie większe pieniądze. Z popytem nie było żadnego problemu. Doskonały pomysł na zarobek, chociaż jedyną przeszkodą był brak aut… Jednak i na to Wojciech B. znalazł sposób. Patent nie był jego autorstwa, a stanowił kalkę pomysłu opracowanego przez innych macherów branży motoryzacyjnej tamtego okresu. Trzeba było nocą dostać się do środka auta zaparkowanego na ulicy – poprzez wyjęcie uszczelki tylnej szyby. Potem wystarczyło wrzucić na luz i odblokować hamulec ręczny.

 

Następny etap polegał na przepchaniu samochodu w najbliższe ustronne miejsce (przy pomocy kilku silniejszych kolegów) i odpalenie samochodu za pomocą połączonych przewodów wyjętych z deski rozdzielczej. Tak „pozyskane” auto było sprzedawane na giełdzie motoryzacyjnej z wykorzystaniem podrobionych papierów wozu. Aby zmiana posiadacza w następstwie umowy sprzedaży była szybka, oferowano okazyjną cenę. Niższa wartość była zazwyczaj uzasadniana otrzymaniem paszportu i wyjazdem za granicę, bądź rozwodem z małżonką i przymusem szybkiego podziału majątku. Chętnych nie brakowało.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze