Jednym z impulsów do akcji w zajezdni autobusowej stał się proces księdza Jerzego Popiełuszki, który rozpoczął się w grudniu 1984 roku.

– To była farsa. Z zeznań oskarżonych wynikało, że to właśnie ksiądz Jerzy jest winien swojej śmierci. W ten sposób komuna chciała pokazać społeczeństwu, że z człowiekiem potrafi zrobić wszystko – wspomina Kazimierz Krauze.

Mężczyzna zwraca również uwagę na tzw. akcję kolczatek, którą ktoś przeprowadził rok wcześniej.

– Wrzucano pod koła autobusów kolczatki, czyli dwa zagięte na sobie gwoździe zaostrzone z obu stron. Do takich akcji najczęściej dochodziło na przystankach autobusowych. Tłum ludzi wchodził do środka pojazdu, autobus ruszał i nagle okazywało się, że opona jest przebita – mówi opozycjonista.

Autorów akcji z kolczatkami nigdy nie namierzono.

– To dawało nam nadzieję, że można uprzykrzać życie władzy ludowej i wymknąć się mackom Służby Bezpieczeństwa – mówi Krauze.
Jak w dym

Akcje z kolczatkami były jednak rzadkością. W połowie lat 80. XX wieku służby PRL-u mocno starały się, żeby potencjalnym „awanturnikom” wybić z głowy prowokowanie władzy.

– Nie mogłem patrzeć na ten marazm i brak jakiejkolwiek reakcji z naszej strony – przyznaje pracownik MPK. – Wraz z Jackiem Żabą postanowiliśmy działać.

Krauze przez kilka tygodni główkował nad tym, co mogłoby nakłonić innych kierowców do podjęcia strajku. Plan miał być prosty, a skutki akcji musiały być widoczne. W końcu wymyślił przecięcie pasków klinowych, do czego wystarczył zwykły nóż. Bez paska żaden autobus nie ma prawa ruszyć z miejsca.

Kierowca zaproponował udział w akcji zaufanemu koledze – Jackowi Żabie. Wcześniej współpracował z nim w organizacji, która przypominała dzisiejsze związki zawodowe.

– Kiedy powiedziałem mu o moich planach, odpowiedział, że idzie za mną jak w dym – wspomina Kazimierz Krauze.

Kierowca miał nadzieję, że po ich akcji w miasto pójdzie informacja o strajku w MPK i Kraków przypomni sobie o rocznicy wprowadzenia stanu wojennego.

12 grudnia 1985 roku Krauze miał popołudniową zmianę. Pod koniec kursu do jego autobusu wsiadł Jacek Żaba i schował się za jednym z siedzeń. Kierowca wjechał do zajezdni, po czym sprawdził, czy ktoś oprócz nich tam jest. Kiedy upewnił się, że są sami, dał znak koledze, że może wysiąść z pojazdu.

– Podnosiliśmy klapy i przecinaliśmy paski. Szło dosyć gładko. Ile pojazdów unieruchomiliśmy dowiedzieliśmy się dopiero, kiedy nas zatrzymano – mówi opozycjonista.

Następnego dnia wszyscy w firmie mówili, że autobusy zostały zdemolowane. Plotka o demolce z godziny na godzinę przybierała coraz większe rozmiary. Mówiono o porozwalanych chłodnicach i porżniętych oponach. Prawda jest taka, że uszkodziliśmy jedynie te nieszczęsne paski – zapewnia Krauze.

Traf chciał, że niedługo po zakończeniu akcji jeden z kierowców chciał przejechać swoim autobusem do warsztatu. Zaalarmował dyspozytora o uszkodzeniach w autobusach. Po godzinie na terenie zakładu pojawili się funkcjonariusze SB i milicja z psami tropiącymi. Teren oświetliły lotnicze reflektory.

Krauze i Żaba nie wiedzieli, że dzień przed akcją krakowskie MPK otrzymało pierwszą od pół roku dostawę pasków klinowych. Rano w trasę wszystkie autobusy wyjechały planowo.

W firmie szybko pojawili się „smutni panowie”, którzy przesłuchiwali pracowników MPK.

– Wszystkich oprócz mnie i Jacka. To był znak, że wpadli na nasz trop – mówi kierowca.
Zamach na paski klinowe

Incydent uznany przez ówczesną władzę za „zamach terrorystyczny”, został dość szybko wykryty. Z dokumentów zachowanych w Instytucie Pamięci Narodowej wynika, że w trakcie sprawy o kryptonimie „Klin” Służba Bezpieczeństwa uruchomiła kilkudziesięciu tajnych współpracowników.

Zdaniem Macieja Gawlikowskiego, autora artykułu „Droga Krzyżowa Jacka Żaby” (Tygodnik Powszechny 19.05.2008) śledztwo zostało potraktowane bardzo poważnie. Do prowadzenia sprawy prokuratura wyznaczyła młodego, utalentowanego prokuratora Jerzego Biedermana. Z ramienia Wydziału Śledczego SB dochodzenie nadzorował porucznik Jerzy Stachowicz, znany wśród krakowskich opozycjonistów ze względu na stosowane metody śledcze.

Krauze wpadł dopiero na przełomie lutego i marca 1986 roku, po donosie jednego z kolegów, w dokumentach nazywanego TW „Szakal”. Kierowca rozochocony wódką powiedział o dwa słowa za dużo podczas spotkania towarzyskiego kolegów z „Solidarności”. Dzień później wylądował w areszcie, Żaba miesiąc później. Śledczy nie uwierzyli, że Krauze działał sam. Przeprowadzili eksperyment śledczy, z którego zachowały się nagrania wideo – widać na nich, jak podejrzany powtarza krok po kroku swoją wersję wydarzeń z grudniowej nocy. W tak krótkim czasie nikt nie jest w stanie sam unieruchomić 30 autobusów.

Prokuratura wnioskowała o 8 lat więzienia dla Krauzego i 5 lat dla Żaby. Dostali 5 lat i 1,5 roku. Obaj byli sądzeni z artykułu 220, czyli za sabotaż.

Surowość wyroku sędzia Józef Korbiel uzasadniał szkodliwością społeczną przestępstwa, a także pobudkami politycznymi, jakimi kierowali się mężczyźni. – Uszkodzonych autobusów mogło być nie 30, a 40, 50, czy nawet 60, a może więcej. Wiele tysięcy ludzi mogło nie dojechać do pracy – mówił sędzia w mowie końcowej.

– Wmawiano nam, że gdyby uszkodzonym autobusom udało się wyjechać na ulicę, to mogliby zginąć wszyscy pasażerowie. Na tak niedorzeczne gdybanie odpowiedziałem im pytaniem, co by było, gdyby matka Lenina poroniła – wspomina Krauze.      Dla Żaby krakowski areszt przy ul. Montelupich okazał się prawdziwym piekłem. Z oddziału dla więźniów politycznych przeniesiono go do najgorszej kategorii – zdemoralizowanych. Słaby psychicznie, wątły i małomówny Żaba był bity i poniżany przez współwięźniów.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze