Do hotelu robotniczego w Legnicy wszedł ciemnowłosy, opalony mężczyzna. Pewnym krokiem podszedł do młodej pracownicy. Speszona pobiegła na zaplecze, po chwili wróciła z panią kierownik.

 

Luciano Bonomelli – powiedział około 30-letni przystojniak, wyciągając dłoń. Na serdecznym palcu połyskiwał sygnet. – Jestem Włochem. Czy znajdzie się tu dla mnie pokój? – dukał łamaną polszczyzną.

Luciano ledwo co mówił po polsku. Przekręcając słowa, oznajmił, że pochodzi z Rzymu, ale obecnie pracuje w Ambasadzie Republiki Włoskiej w Warszawie i zajmuje się technologią oczyszczania i wzbogacania rudy miedzi.

Kierowniczka, pani Wandzia, młoda wdowa, uśmiechnęła się z podziwem. Miała nadzieję, że atrakcyjny dyplomata-naukowiec zostanie chwilę dłużej w Legnicy i może nadarzy się szansa na udzielenie mu indywidulanych lekcji języka polskiego… Gdy pomagała mu wypełnić kartę meldunkową, oczami wyobraźni już widziała siebie na zakupach w Rzymie.

 

***

Następnego dnia pan Bonomelli udał się do ośrodka zdrowia, gdzie też wzbudził niemałą sensację. Chciał rozmawiać z lekarzem dyżurnym. Został serdecznie przyjęty, a nawet poczęstowany kawą. – Pewnie we Włoszech mają lepszą – pomyślał ze wstydem pan doktor.

Luciano z wielkim trudem dobierał słowa. Opowiedział, kim jest i czym się zajmuje. Ambitny lekarz obiecał sobie w myślach, że od następnego dnia zacznie się uczyć włoskiego: – Może niebawem w mieście zaroi się od takich jak Luciano – kombinował w myślach.

Włoch zapewniał, że wszystko rozumie, ale kiepsko mu idzie mówienie. Z nieukrywanym trudem powiedział, że chyba się przeziębił, bo dopiero co przyjechał z Rzymu. Lekarz ze znawstwem pokiwał głową: – No tak, na południu jest cieplejszy klimat. Wreszcie Luciano powiedział, że chciałby się wykurować, co oznacza, że potrzebne jest mu zwolnienie: – W ambasadzie bardzo przestrzegają formalności – powiedział, gestykulując przy tym wymownie.

Młody pan doktor zamaszyście wypisał zwolnienie na 5 dni i zaproponował dokończenie rozmowy w kawiarni. Włoch przystał na propozycję. Zacieśnianie więzi polsko-włoskich szło nadzwyczaj dobrze, a ponieważ zrobiło się dość późno, lekarz zaprosił rzymianina na kolację do domu. Nieuprzedzona o fakcie żona wcale nie była zła na męża. Gość z zagranicy to prawdziwa atrakcja. Atmosfera zrobiła się na tyle przyjemna i zabawna, bo Włoch co rusz przekręcał polskie słowa, że suto zakrapiana rozmowa przeciągnęła się aż do bladego świtu. Kiedy Luciano chciał wrócić do hotelu, małżeństwo zatrzymało go. Zaproponowali, aby został u nich w domu do końca pobytu w Legnicy.

Po dwóch dniach gościny, Luciano lekko rumieniąc się i wyraźnie krępując, zagadał pana domu, że ma mały problem. Lekarz chciał pomóc włoskiemu przyjacielowi. Wreszcie domyślił się, że pewnie potrzeba mu gotówki. Trafił! Bez mrugnięcia okiem wyciągnął z portfela 1000 zł.

Wszystko oddam, jak wrócę do Warszawy – zapewniał Luciano.

Nie musiał tego mówić, doktor mu ufał, a do tego nie raz słyszał, jak dobrze mieć znajomych za granicą…

Wreszcie nastał ostatni dzień pobytu Włocha u gościnnych państwa doktorstwa. Młodzi małżonkowie wyszli rano z domu, zostawiając śpiącego gościa. Wieczorem planowali urządzić wystawną kolację, ale kiedy po pracy wrócili do domu, odebrało im apetyt. Mieszkanie było ograbione. Razem z Luciano zniknęła biżuteria i kosztowny złoty zegarek.

Zawstydzony swoją naiwnością lekarz zgłosił się na milicję. Mundurowi spisali jego zeznanie, uśmiechając się pod wąsem. Doktor zrozumiał, że nie ma wyjścia – musi pożegnać się ze skradzionymi rzeczami. Jednak kilka dni później idąc ulicą, spostrzegł Włocha, chwilę go śledził i kiedy ten wszedł do restauracji, pobiegł po milicję.

Zatrzymany i zawieziony do komisariatu Luciano groził, że za takie postępowanie spotka ich kara, że to narusza dobre relacje Polski z jego krajem. Ppor. Edward Kalicki wzruszył ramionami. Nie przestraszyła go wizja dyplomatycznych konsekwencji. Zatrzymany opowiadał, że jest pracownikiem Ambasady Włoch w Warszawie i że pracuje nad wynalazkiem. Tymczasem nie miał przy sobie żadnego dokumentu, poza wkładką paszportową do Czechosłowacji wystawioną na nazwisko Lucjan Koziej.

 

Rozmowa z mężczyzną była utrudniona z racji jego słabej znajomości języka polskiego. Sprowadzono więc pracownicę milicji biegle władającą włoskim. Kobieta zasypywała go pytaniami, na które on konsekwentnie nie odpowiadał.

Do komendy przybył także okradziony lekarz. Zgłosiła się też rozgoryczona i już nie taka życzliwa pani Wandzia z hotelu. Okazało się, że Włoch wyłudził od niej 500 zł. Przyszła także inna, przypadkowo poznana i oszukana na kilkaset złotych, kobieta.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze