Pod koniec lat 70. na jednym z opolskich osiedli doszło do serii włamań do mieszkań. Złodziej miesiącami był nieuchwytny. Milicjanci ustalili, że „pracował” jeden dzień w miesiącu. Wybierał godziny przedpołudniowe, kiedy ludzie byli w pracy.

 

Każdorazowo ograbiał od trzech do czterech mieszkań. Robił to niezwykle fachowo, nigdy podczas włamania nie uszkadzał zamków. Był zainteresowany biżuterią i gotówką. Musiał być trunkowy, ponieważ lubił zaglądać do barków i się częstować.

Sierżant Walicki miał rację. Producenci zamków do drzwi nie wykazywali się nadmierną pomysłowością. Normą była powtarzalność wzorów kluczy. Jednak dojście do takiego wniosku nie posunęło sprawy do przodu. Milicjanci nadal byli bezradni, nie mogli wpaść na trop włamywacza. Postanowili więc obserwować bloki usytuowane przy trzech ulicach. Wykazali się niezwykłą wytrwałością i prowadzili obserwację przez prawie trzy tygodnie. Nie zauważyli jednak niczego szczególnego. W tym czasie do komendy nie wpłynęło także nowe zgłoszenie.

 

Porucznik Lubarczyk razem z sierżantem Walickim obstawiali bloki przy jednej z ulic Opola. Złodziej już kiedyś obrobił tu mieszkania, ale wieżowce miały jeszcze duży „potencjał”. W czwartym tygodniu pracy operacyjnej kojarzyli już praktycznie wszystkich mieszkańców. Byli zorientowani, o której godzinie wychodzą do pracy i kiedy wracają do domu. Pewnego dnia w pobliżu bloku pojawił się mężczyzna, którego wcześniej nie widzieli. Szedł szybkim i pewnym krokiem. Pod pachą dźwigał czarną torbę.

 

 

 

Mężczyzna po wyjściu z drugiej klatki poszedł na przystanek autobusowy. Milicjanci natomiast udali się sprawdzić obie klatki, które odwiedził nieznajomy. Odkryli, że w pierwszej z nich w drzwiach 4 mieszkań były wetknięte kartki z napisem: „Byłem o 10. Monter”. W drugiej klatce znaleźli 3 karteczki. Funkcjonariusze czuli, że coś jest nie tak. Wrócili do auta i postanowili poczekać na rozwój wydarzeń.

 

 

Po trzech godzinach zobaczyli tego samego mężczyznę. Pod pachą niósł tę samą torbę. Szedł w stronę bloku, który odwiedził kilka godzin wcześniej. Ruszyli w jego stronę. Postanowili go wylegitymować. Nie miał przy sobie dokumentów, dlatego musiał udać się z funkcjonariuszami na komendę. Wyglądał na zdenerwowanego, jednak nie próbował się wyrywać.

 

W komisariacie ustalano tożsamość zatrzymanego i przeszukano go. Zawartość jego czarnej torby wprawiła mundurowych w osłupienie.

Po co „monterowi” puszka po farbie i maślanka?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na następnej stronie

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze