Zbrodnia byłego prezydenta

Zbrodnia byłego prezydentaPoniedziałek, 18 sierpnia 2008 roku, niewielki las w okolicach Wymysłowa koło Będzina (woj. śląskie). Tego dnia po południu, spacerujący po lesie grzybiarz znalazł – ukryte pod niewielką warstwą liści i gałęzi – ciało młodego mężczyzny. Zapewne nie zauważyłby go, gdyby nie towarzyszący mu pies, który zaczął nagle kopać w ziemi między krzakami. Ponieważ czworonóg nie reagował na wołanie, zaciekawiony mężczyzna podszedł do niego. Wtedy zobaczył męskie buty, a chwilę później ludzką nogę…

 

Od pierwszego dnia śledztwa policjanci nie mieli wątpliwości, że będzie to trudna i skomplikowana sprawa. Denat miał poderżnięte gardło, ręce związane sznurem. Ponad wszelką wątpliwość przed śmiercią był torturowany: sprawcy ucięli mu ucho, przypalali, a nóż został wbity w ciało tak głęboko, że widać było wnętrzności. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci były zadane nożem trzy rany kłute i dwie cięte. Ofiara zmarła na skutek wykrwawienia. Miała też liczne obrażenia na ciele, które najprawdopodobniej były efektem bicia przed śmiercią. Stwierdzono również, że mężczyznę zamordowano gdzie indziej – niewykluczone, że mogło to być kilkadziesiąt metrów od miejsca ukrycia zwłok. Niestety, padający w nocy deszcz skutecznie zmył ewentualne ślady zbrodni, do której doszło od 24 do 30 godzin przed odnalezieniem ciała.

Początkowo nieznana była nawet tożsamość mężczyzny. się ustalić, że zamordowanym był 34-letni Lech F.: bezrobotny kawaler, mieszkaniec Zabrza, dotychczas niekarany, aczkolwiek przewijający się już w kartotekach policyjnych. Okrutne okoliczności śmierci, jak i sposób ukrycia zwłok, nie pozostawiały wątpliwości, że kluczem do rozwikłania zagadki może być ustalenie motywu zbrodni.

Policja zaczęła analizować życiorys denata. Początkowo jednak niewiele można było o nim powiedzieć. Był bardzo skryty, prowadził regularny, niezwykle uporządkowany tryb życia. Wstawał rano, jadł śniadanie, potem szedł na siłownię, gdzie zawsze wykonywał niemal ten sam zestaw ćwiczeń. Później spotykał się z różnymi ludźmi – podobno w interesach. Ukończył socjologię, ale nie wiadomo dlaczego wielu ludzi uważało go za prawnika.

Trudno powiedzieć, z czego się utrzymywał. Z późniejszych ustaleń wyniknie, że jakoby wyjeżdżał na Zachód do zbioru truskawek, a zaoszczędzone tam pieniądze przeznaczał na życie w Polsce. Nikt jednak nie wierzył w takie opowieści. Bardziej przekonujące były relacje świadków, że Lech F. zajmował się udzielaniem pożyczek na lichwiarski procent. Jednak dotarcie do tej wiedzy zajęło śledczym trochę czasu. O wiele szybciej dowiedzieli się o perypetiach finansowych i potyczkach sądowych, jakie toczył z byłym prezydentem Zabrza…

Na celowniku policji

Były prezydent jednego z największych miast Śląska, Jerzy G., szybko znalazł się w kręgu zainteresowania policyjnych dochodzeniowców. Do jego mieszkania po raz pierwszy zapukali dwa tygodnie po zabójstwie Lecha F., 3 września 2008 roku.

– Pojawiło się ośmiu panów z nakazem przeszukania. Potem zabrali nas do komendy policji w Będzinie – relacjonowała żona Jerzego G. – Przesłuchiwano nas tam dwa razy: najpierw o godzinie 14.00, potem jeszcze raz o 21.00. Po drugim przesłuchaniu pozwolono mi wrócić do domu, męża zatrzymano na 48 godzin. Byłam tym wszystkim zszokowana. Wiedziałam, że Jerzy znał Lecha F., ale zapewniał mnie, że nie ma z tym zabójstwem nic wspólnego. Domyślałam się jednak, że jako wierzyciel zamordowanego nie jest w najlepszej sytuacji, i że to on musi udowodnić swoją niewinność.

Pod koniec lata 2008 roku mieszkańcy Zabrza przekazywali sobie z ust do ust sensacyjną wiadomość.

– Słyszał sąsiad, że były prezydent podobno jest mordercą? Pożyczył od jakiegoś biznesmena pieniądze, a gdy tamten zaczął się dopominać o ich zwrot, to obciął mu ucho, torturował, poderżnął gardło, a na koniec zakopał w lesie!

– Słyszałem, słyszałem sąsiedzie. To wszystko przez długi, jakie zaciągnął w nielegalnym kasynie gry! Nie miał skąd wziąć pieniędzy, to go zaciukał! A na takiego porządnego wyglądał, jak był u władzy. Wierzyć się nie chce, jak ta władza deprawuje ludzi!

Nie wiadomo skąd wzięły się te plotki, które później jeszcze przez jakiś czas krążyły po mieście. W nielegalnych szulerniach pieniądze miał tracić nie tylko podejrzany, ale również jego ofiara. Żona Jerzego G. stanowczo dementowała takie pogłoski:

– To jakieś nieporozumienie! Mąż nie potrafi grać w karty, zawsze na noc wracał do domu, a całe dnie spędzał w urzędzie. Gdzie i kiedy miałby przegrywać pieniądze? I skąd by je miał?

We wrześniu 2008 roku, po dwóch dobach spędzonych w areszcie, Jerzy G. wrócił do domu i do normalnego, wydawałoby się, życia. Codziennie wychodził do pracy, zajmował się działalnością naukową. Cały czas jednak zastanawiał się, jak zgromadzić pieniądze na uregulowanie ciążących na nim długów. Wprawdzie wierzyciel nie żył, ale pozostali po nim spadkobiercy, którzy zapewne będą chcieli odzyskać należące do zmarłego pieniądze.

Minęło kilkanaście miesięcy od pierwszego zatrzymania, kiedy 19 listopada 2009 roku przed domem pana G. znowu pojawili się policjanci. Jego żona opowiadała:

– Mąż, jak co dzień, wychodząc rano do pracy, pożegnał się ze mną. Chciałam mu jeszcze coś powiedzieć i wyszłam za nim. Wtedy na dworze zobaczyłam siedem czy osiem osób, w tym dwie kobiety. Mąż został zatrzymany przy samochodzie. Weszli do naszego domu z prokuratorskim nakazem przeszukania. Zabrali telefony i ładowarki.

Jerzy G. został przewieziony na komendę policji, a stamtąd do aresztu. Ten dzień był ostatnim dniem jego pobytu na wolności. Od tamtej pory życie Jerzego G. toczyło się w aresztanckiej celi, a jedynym urozmaiceniem codziennej monotonii były widzenia z bliskimi i adwokatem oraz wyjazdy do prokuratury i na salę sądową.

Chciał zmienić miasto na lepsze

Mieszkańcy Zabrza byli w szoku, kiedy w mediach pojawiła się informacja o postawieniu zarzutów byłemu prezydentowi. Czy to możliwe, aby urzędnik państwowy, doktor nauk technicznych, adiunkt na Politechnice Śląskiej, autor wielu książek, wreszcie wykładowca akademicki, zabił swojego wierzyciela, a przed zadaniem ostatecznego ciosu nożem, bestialsko torturował swoją ofiarę? Czy był przez niego szantażowany?

– Jestem w szoku. Nie wierzę, że naszym miastem rządził morderca. To musi być jakaś pomyłka. Pewnie ktoś go wrabia, bo komuś bardzo mocno nacisnął na odcisk – to były najczęstsze opinie, jakie można było usłyszeć w jego rodzinnym mieście.

Jerzy G. związał z Zabrzem całe swoje życie oraz karierę społeczno-zawodową. W latach 80. był pierwszym sekretarzem Komitetu Miejskiego PZPR. W połowie lat 90. rzucił się w wir biznesu. Razem ze swoją długoletnią znajomą – Alicją F. (matką zamordowanego Lecha F.) – otworzył księgarnię w centrum miasta. Nie zarabiał tam kokosów, ale zawsze przynosiło to jakieś dodatkowe pieniądze do niewysokiej pensji naukowca.

Z lokalną polityką związał się trochę przez przypadek i tylko dlatego, że namówili go do tego koledzy z Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

– Szukamy kandydata w wyborach na prezydenta. Ludzie ciebie znają, cieszysz się szacunkiem i zaufaniem, nie ma na ciebie żadnych haków. Masz bardzo duże szanse na zwycięstwo – namawiali.

Szybko go przekonali, że warto stanąć do walki, pomogli w kampanii przedwyborczej. Żonie nie spodobał się pomysł udziału męża w wyborach, jednak jemu bardzo ta propozycja zaimponowała:

– Zapalił się jak dziecko. Mówił, że ma misję do spełnienia. Chciał zmienić Zabrze na lepsze – wspominała.

Jerzy G. wygrał i w 2002 roku, dla samorządowej kariery, zamienił stanowisko zastępcy dyrektora Instytutu Podstaw Inżynierii Środowiska PAN w Zabrzu na gabinet prezydenta miasta. Nie wiadomo, czy spodziewał się, że to niezwykle trudne, odpowiedzialne i stresujące zajęcie. Chyba nawet trochę go przerosło, bo z perspektywy czasu rzadko kto mówił o nim jako o dobrym menadżerze, a przecież takim powinien być człowiek na tym stanowisku.

Przedwojenne Zabrze było drugą po Wrocławiu, największą metropolią niemieckiej części Śląska. Ten okres prosperity trwał do początku lat 90. ubiegłego stulecia. To było potężne, bogate miasto. Wraz z przemianami polityczno-gospodarczymi brakowało pomysłów na jego rozwój. Zamykano kopalnie, zwiększało się bezrobocie. Jerzemu G. przyszło rządzić w niełatwej rzeczywistości. Czasy pomyślności odeszły w przeszłość i jego włodarze coraz częściej musieli mierzyć się z biedą, bezrobociem i problemami socjalnymi sporej części zabrzan.

Pracownicy magistratu z tamtego okresu zapamiętali Jerzego G. jako ciepłego, spokojnego, ale też niezwykle skrytego człowieka. Z jednej strony był osobą publiczną – kiedy szedł zabrzańskimi ulicami, co pewien czas komuś się kłaniał, albo wymieniał grzecznościowe „dzień dobry”, z drugiej – nie bywał na śląskich salonach, rzadko udzielał się towarzysko. Powszechnie uważano go za spokojnego, kulturalnego i skromnego człowieka, któremu władza nie uderzyła do głowy. Nigdy nie było po nim widać tzw. znamion luksusu: kilkuletni samochód, trzy garnitury i niewiele więcej krawatów, w których przychodził do pracy.

Co zatem robił z pieniędzmi? Na stanowisku prezydenta zarabiał 12 tysięcy złotych brutto, nie były to więc małe pieniądze. Żył oszczędnie, bo to, co udało się zaoszczędzić, przeznaczał na budowę i wykończenie domu: najpierw swojego, potem córki. Niemal każdą wolną chwilę poświęcał na wykańczanie mieszkań. Ludzie wielokrotnie widzieli go w sklepach budowlanych, gdzie kupował materiały niezbędne przy tego rodzaju pracach.

Generalnie cieszył się sympatią i szacunkiem. Być może wygrałby kolejne wybory w 2006 roku i rządził Zabrzem przez drugą kadencję. Stało się jednak coś, czego chyba nigdy nie brał pod uwagę – polityczne notowania zabrzańskiego prezydenta niespodziewanie spadły we wrześniu 2005 roku. Dziennikarze jednej z lokalnych gazet ujawnili, że Jerzy G. ma problemy ze spłatą długów, zaciągniętych u syna byłej wspólniczki, z którą przed kilkoma laty prowadził księgarnię w centrum miasta.

Cóż, w samym zadłużeniu nie byłoby może nic nadzwyczajnego, gdyby nie okoliczności towarzyszące jego spłacie. Otóż wierzyciel, czyli Lech F., ujawnił, że pan prezydent wziął u niego dwie pożyczki: pierwszą na 20 tysięcy złotych, drugą na 246 tysięcy. Tę mniejszą spłacił w całości i w terminie, ze spłatą tej większej natomiast pojawiły się niespodziewanie problemy. W momencie, kiedy Lech F. zaczął domagać się zwrotu pieniędzy, prezydent złożył w prokuraturze zawiadomienie o próbie wyłudzenia pieniędzy i sfałszowaniu umowy poprzez dopisanie cyfry „2” na początku kwoty zobowiązania.

Na sensacyjne artykuły w lokalnej prasie Jerzy G. szybko zareagował, prezentując swoją wersję wydarzeń. Nie ukrywał, że przed trzema laty pożyczył 25 tysięcy złotych. We wrześniu 2003 roku Lech F. zaproponował mu sformalizowanie pożyczki poprzez podpisanie stosownej umowy. Tamtego dnia bardzo się spieszył, więc wierzyciel sam wypełnił wszystkie pozycje w druku standardowej umowy, który miał w ręku.

W oświadczeniu rozesłanym do lokalnych mediów prezydent miasta napisał: „Uznałem, że mogę synowi swojej byłej wspólniczki w pełni ufać, tak jak ufałem do tej pory, więc zgodziłem się na to. W połowie sierpnia 2004 roku zwróciłem całą pożyczoną kwotę. Otrzymałem od niego pokwitowanie i sprawę uznałem za zakończoną. Samej umowy nigdy nie otrzymałem. Dlatego tak wielkim zaskoczeniem, zarówno dla mnie, jak i mojej rodziny, był sądowy nakaz zapłaty, jaki otrzymałem na adres domowy. Wówczas po raz pierwszy zobaczyłem kopię umowy. W dokumencie, który jakoby miał być kopią umowy podpisanej przeze mnie, była wpisana kwota blisko dziesięciokrotnie większa niż ta, którą w rzeczywistości pożyczyłem i oddałem. Pan F. wpisał bowiem do umowy sumę 246 800 złotych, czyli kwotę przerastającą wartość mojego majątku. Natychmiast złożyłem do sądu sprzeciw, a do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, polegającego na próbie wyłudzenia pieniędzy i sfałszowaniu dokumentu. W końcu grudnia 2004 roku, Prokuratura Rejonowa w Zabrzu zamknęła dochodzenie w sprawie i skierowała akt oskarżenia do sądu. Sprawa na tym się jednak nie kończy. Rozwój sytuacji w sposób jednoznaczny wykazał, że sfałszowanie dokumentów miało służyć celowi o wiele poważniejszemu – zaszantażowaniu mnie w celu osiągnięcia korzystnych decyzji dotyczących majątku gminnego. Jest to więc – co podkreślam z całą mocą – nie sprawa rzekomych długów, ale sprawa o próbę korupcji”.

To była dziwna znajomość

BUTTON1_short