Kiedy 1 stycznia 2016 roku wyłączono około 400 fotoradarów obsługiwanych przez władze samorządowe wielu kierowców odetchnęło z ulgą.

Bez mandatu i punktów karnych można było mocniej naciskać pedał gazu. Działające przy Instytucie Transportu Samochodowego Polskie Obserwatorium Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego sprawdziło, na ile likwidacja tak znacznej liczby fotoradarów wpłynęła na zachowania kierowców. W tym celu przeprowadzono wyrywkowe badania prędkości w kilku miejscach, w których  w przeszłości funkcjonowały fotoradary Straży Miejskich. Wyniki okazały się zatrważające! W analizowanych  miejscach 70-80 proc. kierowców przekraczało dozwoloną prędkość. Liczba zabitych w tych miejscach  wzrosła o 13 proc., o wiele więcej było wypadków, kolizji i rannych.

Od kilkunastu miesięcy z 400 urządzeń, które przestały rejestrować wykroczenia kierowców, uruchomiono zaledwie 20. Reszta leży w magazynach albo jest zakryta folią. Usłyszałem  w telewizji, że koszt podłączenia jednego fotoradaru do sieci Inspekcji Transportu Drogowego, to wydatek 50 tysięcy złotych. Powinny to robić władze samorządowe, które jednak nie zawsze są tym zainteresowane. Wszak wpływy z mandatów nie zasilą jak kiedyś lokalnych budżetów, tylko centralny. Motywacja do dbania o bezpieczeństwo nie jest już tak wielka, jak kiedyś.

W tej sytuacji nie powinna chyba dziwić  informacja Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, w której podsumowano wakacje 2017.  Okazało się, że w lipcu i sierpniu 2017 roku  fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości zarejestrowały o 12 proc. więcej wykroczeń niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Krzysztof Kilijanek

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze