Aresztowanym zakładano tzw. karty homoseksualisty i zdejmowano odciski palców. Niektórzy z zatrzymanych zgodzili się podpisać oświadczenie: „Niniejszym oświadczam, że ja (tu imię i nazwisko zatrzymanego) jestem homoseksualistą od urodzenia. Miałem w życiu wielu partnerów, wszystkich pełnoletnich. Nie jestem zainteresowany osobami nieletnimi”. Karta ta zawierała informacje o życiu zawodowym i osobistym.

Wielu zmuszono do donoszenia na innych homoseksualistów. Najcenniejsze  były informacje o osobach działających w opozycji i wśród kleru. Tych, którzy mieli opory, „przekonywano” w różny sposób. Metody nie były zbyt wysublimowane. Najprostsza to bicie, a kiedy nie pomagało, zaczynało się szantażowanie, też banalne.

W wielu przypadkach wystarczyło ujawnić orientację w miejscu pracy, szkole czy w domu – aby zrujnować komuś życie. Trzeba tu dodać, że bycie homoseksualistą w tamtych czasach równało się ze skazaniem na społeczny ostracyzm.

W odpowiedzi na szykany, część homoseksualistów zaczęła się organizować i nawet wydawać pisma m.in. „Filo”. Niektórzy jednak, jeszcze bardziej skrywali swoją orientację, a część osób w obawie przed szykanami wyemigrowała z Polski. Wydarzenia te spotkały się z reakcją zagranicznych mediów. Jerzy Urban, rzecznik prasowy rządu, w wywiadzie dla amerykańskiej prasy zaprzeczył, jakoby taka akcja miała kiedykolwiek miejsce.

 

***

Akcja „Hiacynt” wznawiana była przynajmniej dwukrotnie w 1986 i 1987 roku, głównie w Warszawie i na południu Polski. Prowadzona była do 1987 roku, choć kartoteki uzupełniano jeszcze w 1988 roku. Jej przeprowadzenie zaowocowało zgromadzeniem prawie 11 tysięcy tzw. różowych teczek. Mimo upływu wielu lat sprawa pozostaje okryta tajemnicą i klauzulą tajności. Nie udało się nawet ustalić dokładnej liczby „różowych teczek”.

Anna Jagodzińska

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze