W podhalańskiej wsi Z. odbywał się doroczny festyn straży pożarnej. Pokazy strażackie, dużo jedzenia i picia. Wieczorem już tylko picie. 16-letni Mikołaj wybrał się na imprezę ze starszym rodzeństwem i kolegą ze szkoły. Bawił się dobrze. Widziano go jeszcze o godzinie 3 w nocy. Po 4 już nikt go nie spotkał. Mniej więcej o tej porze jeden z mieszkańców, który ma dom przy skrzyżowaniu, słyszał krzyki: ratunku! Kiedy jednak wyjrzał, nikogo nie zobaczył.

Dzwoniłam do Mikołaja około wpół do drugiej, ale nie odbierał. Wtedy zadzwoniłam do córki, Ani. Odebrała i powiedziała, że on się bardzo fajnie bawi, że wszystko jest w porządku i niedługo będą wracać – wspomina matka Mikołaja.

Jednak kobieta nie spała spokojnie. Coś ją obudziło o 4.40 w nocy. Wstała. Kilkanaście minut później wyszła na pole, obeszła dom. Nic niepokojącego nie zauważyła, poza tym, że nie było jej syna Mikołaja…

Mikołaj nie miał własnego pokoju. Najpierw mieszkał z bratem i dwiema siostrami. Potem, kiedy siostra przyjeżdżała na wakacje ze swoimi dziećmi, nastolatek przenosił się do malutkiego pokoiku, gdzie trzymał ubrania. Był młody, ale jego siostra Anna zawsze mogła na niego liczyć:

Gdy pieniędzy brakło, dorobił i pożyczał. On, gimnazjalista! W piecu potrafił palić, a kiedy trzeba było garnki umyć, mył – wspomina kobieta.

Mikołaj dobrze jeździł na nartach. Zdobył wiele medali w slalomach. Był też ochotnikiem w miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. Od małego tam pomagał, a ostatnio nawet jeździł na akcje. Kochał konie. Obrazki z ich wizerunkami wieszał na ścianach. W wakacje dorabiał, wożąc turystów na Gubałówkę, powożąc końmi sąsiada. W szkole nie był prymusem, ale nikt we wsi złego słowa o nim nie powiedział. Nie rwał się też do bitki. Skryty, dobry chłopak.

Kiedy nie wrócił po festynie do domu, najbliżsi myśleli, że poszedł do Ryśka – strażaka z OSP, który traktował go jak syna. Mężczyzna mieszka kilka domów dalej. To z nim Mikołaj jeździł powozić. Bywał u niego bardzo często. Siedział czasem od rana do wieczora, miał nawet swój kubek na kawę.

Szwagier Mikołaja przypomniał sobie, że rano, w dniu festynu, chłopak powiedział do niego, niby żartem: albo mnie dziś pobiją albo zabiją. Mikołaj miał podobno zatarg z kilkuosobową bandą z okolic sąsiedniej wsi – D. Młodzi mężczyźni od jakiegoś czasu zastraszali okoliczne miejscowości. Mikołaj miał starcie z jednym z nich kilka tygodni przed festynem. Wtedy udało mu się uciec. Ciąg dalszy mógł nastąpić teraz. Podobno Mikołaj wiedział coś o ciemnych interesach przestępców, którzy na Gubałówce naciągają turystów grą „w trzy kubki”.

Leżał w błocie

Rodzina dowiedziała się o śmierci Mikołaja około godziny 11:

Dostaliśmy wiadomość, że telefon Mikołaja jest do odebrania w prokuraturze. Myśmy stwierdzili, że co on mógł narobić, skoro jego telefon znalazł się aż tam. Przecież jakby zrobił coś bardzo złego, to powinniśmy odbierać go na policji. Nie pomyśleliśmy, że coś mu się stało. Kompletnie – wspomina matka Mikołaja. – Zaraz potem przyszli z policji i powiedzieli, że mój syn został zamordowany. Zostały po nim tylko medale…

Zwłoki nastolatka zostały znalezione o godzinie 7 rano. Ciało leżało przy składzie drewna, niedaleko przysiółka Brzeziny, około 200 metrów od szlaku prowadzącego na Halę Gąsienicową. Chłopak nie miał przy sobie dokumentów, a jedynie telefon komórkowy, który ktoś wyciągnął mu z kieszeni i napisał jedno słowo: sasquatch. Sasquatch to „Wielka Stopa”. Mityczne zwierzę, które według niepotwierdzonych relacji żyje w Górach Skalistych i w sąsiednich regionach (USA i Kanada). Opisywany jest jako potężna dwunożna, człekopodobna istota bez ogona, pokryta gęstym i krótkim futrem. Ma głowę podobną do głowy goryla, z niskim czołem i dużymi oczami. Nazwa pochodzi od ogromnych śladów łap, które były najczęstszym znakiem jego obecności. Jednak „Sasquatch” to także tytuł jednej z piosenek, którą śpiewa raper Ice Cube. Jak nietrudno się domyślić, nie jest to utwór o romantycznych uniesieniach… W teledysku tego utworu raper morduje maczetą ludzi w lesie.

Wjeżdżaliśmy do lasu i już przy drodze widzieliśmy ślady samochodu osobowego. Pojechaliśmy dalej i zobaczyliśmy leżącego chłopaka. Na boku miał położony telefon komórkowy. Żadnych śladów krwi i ran nie widzieliśmy. Miał kaptur wciągnięty na głowę i leżał w błocie – wspomina pracownik Tatrzańskiego Parku Narodowego, który znalazł zwłoki.

Ktoś gałęzią próbował zamazać odciski butów i ślady opon.

 

Gdyby nie ten leśnik, moglibyśmy się nigdy nie dowiedzieć. Zwierzęta by zrobiły swoje i… – stwierdziła jedna z mieszkanek Z.

Wstępne wyniki sekcji wskazywały, że Mikołaj M. mógł zginąć od uderzeń tępym narzędziem, na przykład młotkiem. Według lekarza medycyny sądowej zadano mu 5 ciosów w głowę. Każdy z razów był śmiertelny. Nastolatek stracił życie już po pierwszym z nich, czyli każdy kolejny był pastwieniem się nad ciałem.

Od razu zabrali jego ciało. Nie pozwolili go zobaczyć. Potem mówili, że nie cierpiał, że pierwszy cios był śmiertelny – wspomina siostra zabitego. – Do domu przywieźli go w czwartek koło godziny szóstej wieczorem, dzień przed pogrzebem. Matka powiedziała: „Już go nie puszczę. Jesteś, synku, nareszcie w domu”.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze