Za taką kwotę mogli wybudować wówczas nawet kilkadziesiąt willi. Milicja nie mogła wpaść na ich trop, więc zdecydowała się na sprytny blef.

55 lat temu w miejscowości Wołów na Dolnym Śląsku doszło do napadu na placówkę Narodowego Banku Polskiego. Sprawcy nie wiedzieli wówczas, że ich skok przejdzie do historii jako największy napad na bank w historii PRL. Nie byli profesjonalistami, a pomysł o obrabowaniu oddziału rzucony podczas jednego z towarzyskich spotkań początkowo potraktowali jako żart. Gdy okazało się, że w skarbcu znajduje się fortuna (NBP wypłacał m.in. pensje dla pracowników pobliskich PGR-ów), zaczęli na poważnie rozważać obrabowanie sejfu.

Szajka składała się z pięciu znajomych, którzy do napadu zatrudnili dwójkę pomocników.

Ważną rolę odegrał skarbnik placówki, przekazując im kluczowe wskazówki. Późnym wieczorem 19 sierpnia 1962 roku rozpoczęli skok – obezwładnili strażnika i wyłamali strop do skarbca. Do sejfu włamali się za pomocą prostych narzędzi ślusarskich. Udało im się skraść 12 531 000 złotych.

Średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło wówczas 1680 zł.

Worki z pieniędzmi wywieźli z miasta samochodem marki Warszawa. Auto było własnością jednego ze złodziei, który na co dzień pracował jako taksówkarz. Miejsce zdarzenia polali zużytym olejem silnikowym, który miał utrudnić pracę psom tropiącym.

Sprawcy stanęli przed sądem w grudniu 1962.

Chcesz poznać kulisy napadu i dowiedzieć się jak milicja wpadła na trop złodziei? Sięgnij po archiwalne wydanie „Detektywa Extra” 1/2016. Do kupienia TUTAJ. Gwarantujemy bardzo obszerny reportaż.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze