To gotowy scenariusz na brazylijski serial, który przykułby uwagę polskich telewidzów. Film jednak nie powstał, za to od lat przed poznańskim sądem toczy się proces. Na ławie oskarżonych zasiada 90-letnia wdowa, oskarżona o kradzież kilku milionów złotych z kont zmarłego męża.

Katarzyna Baraniecka od dziecka marzyła, by zostać malarką. Artystyczne aspiracje popierali jej rodzice. „Jaki piękny obrazek. Cudne dzieło. Wygląda jak prawdziwy” – takie zachwyty słyszała mała Kasia, kiedy przybiegała do rodziców i pokazywała im swoje pierwsze rysunki. Później była szkoła średnia i lekcje rysunku, pobierane u najlepszych profesorów z Akademii Sztuk Pięknych. Rodzice zbyt dobrze nie zarabiali, ale na marzeniach jedynaczki nie zamierzali oszczędzać.

Po oblanych egzaminach na artystyczną uczelnię był wielki płacz. Dziewczyna jednak nie poddawała się. Wytrwale doskonaliła swój warsztat i przez trzy lata podchodziła do kolejnych egzaminów. Mimo porażki nie zamierzała zmieniać swoich planów na przyszłość. Co prawda na ASP nie dostała się, ale za to pod okiem znajomego rodziców, prowadzącego warsztat renowacji starych mebli i obrazów, rozpoczęła naukę trudnego zawodu konserwatora zabytków. Jednocześnie po pracy cały czas malowała. Powstawały kolejne obrazy. Lądowały w szafie, ale niedoceniana artystka cały czas wierzyła, że uda się jej znaleźć galerię chętną wystawić jej prace.

Katarzyna Baraniecka malowała wprawdzie z pasją, ale jej obrazom bliżej było do odpustowej tandety, niż prawdziwych dzieł sztuki. Jej wytrwałość w końcu została nagrodzona. Jeden z klientów, dla którego w bardzo korzystnej cenie wykonała konserwację starych obrazów, miał znajomości w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i załatwił jej wystawę w polskiej ambasadzie w Londynie.

Trzeba zaznaczyć, że podróż na Zachód w czasach PRL-u to było coś. Szansę na paszport i wyjazd za żelazną kurtynę dostawali tylko nieliczni, i to na ogół ściśle powiązani z ówczesną władzą partyjną.

Niedoceniana dotąd artystka z wielkim zapałem rzuciła się do przeglądu swoich dzieł, które dotąd spoczywały w szafie i rzadko były stamtąd wyciągane. Tylko kilka osób je widziało, a teraz miały trafić na wystawę, i to w samej Anglii. Świat nabrał nowych kolorów i możliwości.

Pani Katarzyna liczyła, że nastąpił długo wyczekiwany przełom w jej karierze artystycznej. W pewien sposób miała rację. Nie wiedziała tylko, że zamiast artystycznego świata podbije serce nieznajomego mężczyzny, który przez przypadek trafi na jej wernisaż.

 

Historia emigranta z Polski

Andrzej Kalinowski urodził się na kresach wschodnich. Skończył politechnikę we Lwowie. Koniec wojennej zawieruchy zastał go na ziemiach niemieckich. Obserwował narodziny nowej Polski i z przerażeniem zauważył, że nie ma już powrotu w rodzinne strony. Nie chciał zostać obywatelem Związku Radzieckiego. Jego rodzinna miejscowość znalazła się w granicach ZSRR.

Ze strefy okupowanej przez wojska sowieckie przedarł się do Amerykanów. Trafił do obozu przejściowego. Z dyplomem inżyniera miał wiele możliwości. Państwa podnoszące się po wojennych zniszczeniach potrzebowały takich specjalistów. On jednak zdecydował się na odważny krok i wybrał bardzo egzotyczny kierunek emigracji.

Skorzystał z amerykańskich programów pomocowych i wyjechał do Wenezueli w Ameryce Południowej. Początkowo znalazł pracę w firmie budowlanej, ale po kilku miesiącach zwolnił się i postanowił spróbować szczęścia na swoim. Założył niewielki zakład specjalizujący się w stolarce budowlanej. Był to strzał w dziesiątkę. Zakład szybko się rozwijał, a Andrzej Kalinowski zatrudniał coraz więcej pracowników i wynajmował coraz większe hale produkcyjne. Wkrótce jego firma stała się największą fabryką okien w regionie, a on jednym z najbogatszych  przedsiębiorców w Wenezueli.

 

Szczęście dopisało mu również w życiu rodzinnym. Zakochał się w pięknej Hiszpance, były romantyczne randki, oświadczyny i wielki ślub. Wkrótce na świat przyszły trzy córki. Kolejne lata upływały w wielkim szczęściu i pewnie nigdy nie dowiedzielibyśmy się o historii pana Andrzeja, gdyby nie choroba i przedwczesna śmierć żony. Dzieci były już dorosłe i samodzielne, ale dla kochającego męża taka strata wiele znaczyła.

Został sam. Czuł się nieszczęśliwy i zagubiony. Coraz częściej ciągnęło go do Europy. Przez przypadek znalazł się na wernisażu polskiej malarki w ambasadzie w Londynie.

 

Nowy rozdział życia

Był mężczyzną w sile wieku. Miał prawie 60 lat, siwe włosy, ale ciągle mógł podobać się kobietom. Wychowany przed wojną przywiązywał wielką wagę do dobrych manier. Był z niego  prawdziwy dżentelmen.

W dalekiej Wenezueli dostęp do informacji o Polsce był utrudniony. Mimo że Andrzej Kalinowski formalnie miał obywatelstwo wenezuelskie, ciągle czuł się Polakiem.

Dlatego takiej okazji nie mógł  przegapić. Z wielką radością poszedł na wernisaż. Po cichu liczył, że uda mu się porozmawiać z artystką po polsku.

Obrazy nieszczególnie mu się spodobały, ale ich autorka bardzo. Po wernisażu zaprosił ją na kolację do modnej i drogiej restauracji. Przyzwyczajony do dużych pieniędzy i luksusów z pewną fascynacją obserwował, jak gość z dalekiej Polski nie potrafi odnaleźć się w takiej rzeczywistości. Pan Andrzej, który od czasów wojny nie  był  ani razu w kraju, nie zdawał sobie nawet sprawy, jak siermiężna i szara była wówczas Polska socjalistyczna.

Dużo rozmawiali. Mężczyzna miał wiele pytań dotyczących ojczyzny. Na koniec spotkania wymienili się adresami. Katarzyna Baraniecka wróciła do Polski z nadzieją, że teraz jej kariera artystyczna wkroczy na nowe tory. Nic takiego jednak się nie stało. Żadne galerie nie były zainteresowane wystawianiem jej malarstwa. Pozostało czasochłonne ślęczenie nad odnawianiem starych obrazów.

Upłynęło wiele miesięcy i artystka zdążyła już zapomnieć o wyprawie do Anglii, gdy nagle w skrzynce pocztowej znalazła kolorową kopertę z egzotycznym znaczkiem i mnóstwem stempli poświadczających, że przesyłka odbyła długą podróż. Drżącymi palcami otworzyła list. Zaczynał się: „Droga Pani Katarzyno”, a pod spodem znajdował podpis: Andrzej Kalinowski.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze