Beata T. od zawsze wiedziała, że będzie mamą. Już jako mała dziewczynka bawiła się lalkami, karmiła je, ubierała, troszczyła się o plastikowe zabawki jak o swoje maleństwa.

Instynkt macierzyński zrodził się w niej bardzo szybko. Kiedy inne dziewczynki grały na chodniku w klasy, Beatka spacerowała z dziecięcym wózkiem, w którym leżał – jak wszystkich zapewniała – „jej” synek. Jako nastolatka, zamiast w dyskotekach sobotnie wieczory wolała spędzać u sąsiadki, opiekując się jej półrocznym synkiem.

Dziewczyna nie miała zbyt wiele koleżanek, bo mało która wytrzymywała ciągłe gadanie Beaty o dzieciach. Zadręczała rozmówców opowiadaniem o tym, jaki będzie jej maluszek i kim zostanie jak dorośnie. Rodzina i znajomi wiedzieli, że jej największym marzeniem jest dziecko. Dziwiło ich jednak to, że w opowieściach o przyszłym potomku nigdy nie wspominała o ojcu dziecka.

Z czasem marzenie o synku przybrało formę obsesji.

Jako dwudziestolatka potrafiła godzinami przesiadywać w sklepach z artykułami dla dzieci lub obserwować maluchy na placu zabaw.

Kolegów traktowała przedmiotowo. Wiedziała, że mężczyzna będzie jej potrzebny tylko do zrealizowania jej marzenia. Po skończeniu studiów medycznych rozpoczęła praktykę lekarską w jednym z poznańskich szpitali, gdzie jako chirurdzy pracowali również jej rodzice. W wieku 25 lat wciąż jednak nie mogła zajść w ciążę. Przez jakiś czas o brak „brzuszka” oskarżała swoich partnerów. W końcu jednak postanowiła zbadać się u specjalisty. Wyniki badań brzmiały jak wyrok. Okazało się, że jest bezpłodna.

 

Adopcja

Beata T. była załamana. Większość jej rówieśniczek już miała dzieci lub szykowała się do porodu. Dziewczyna nie potrafiła pogodzić się z myślą, że nigdy nie będzie miała dziecka. Zaczęła unikać znajomych. Wpadła w depresję. Rodzice namawiali ją do adopcji, ale stanowczo odmawiała, tłumacząc, że nigdy nie będzie w stanie pokochać dziecka, które urodziła inna kobieta. W końcu zrezygnowała z pracy i postanowiła wyjechać do Niemiec.

Za granicą poznała swojego przyszłego męża, z którym związała się dopiero po powrocie do Polski. Beata spędziła w Niemczech łącznie kilka lat, pracując w prywatnej klinice przyjaciela rodziców.

Podczas 40. urodzin zwierzyła się ze swoich problemów koleżance. Ta zachęciła ją do adopcji, tłumacząc, że jeśli zaopiekuje się dzieckiem już od pierwszych tygodni życia, to będzie ono praktycznie jak jej własne. – Możesz się zadręczać do końca życia lub spróbować być szczęśliwa. Dziecko odwdzięczy ci się za miłość i będziesz najszczęśliwszą matką na świecie – przekonywała Beatę koleżanka.

Pół roku później Beata postanowiła, że spełni swoje marzenie.

Wróciła do Polski i skontaktowała się ze znajomym ginekologiem, który pracował w klinice w Poznaniu.

Kobieta dowiedziała się od lekarza, że niedawno do kliniki zgłosiła się do porodu 16-letnia dziewczyna. Była z tzw. dobrego domu. Zadeklarowała, że chce, by dziecko przyszło na świat, ale nie będzie się nim zajmować, bo nie zamierza sobie komplikować życia. Noworodek niespełna rok później trafił do Beaty, która szybko załatwiła formalności prawne i została mamą Michała. Ochrzciła go, dała swoje nazwisko i troskliwie zaopiekowała się malcem… ale już jako samotna matka, bowiem w międzyczasie rozpadło się jej małżeństwo.

Beata na co dzień mieszkała pod Poznaniem. Była właścicielką kilku nieruchomości, które przepisała jej bogata ciotka. Starsza kobieta obiecała przed laty Beacie, że odda jej swój majątek, jeśli ta będzie miała dziecko. Emerytce nie przeszkadzało to, że synek jej siostrzenicy jest adoptowany.

 

Oczko w głowie

Mały Michałek był jej oczkiem w głowie. Beata wychowywała go przez kilka lat wspólnie z matką, potem sama. Mając ogromny majątek korzystała z pomocy nianiek, sprzątaczek i gospodyń, które dbały o to, by maleńkiemu Michałkowi nie działa się krzywda. Czasem matka Beaty zwracała jej uwagę na to, że rozpieszcza synka. Ta jednak na takie komentarze zawsze miała jedną odpowiedź – To mój syn i należy mu się wszystko, co najlepsze.

Michałek od najmłodszych lat słyszał od matki, że ma zostać lekarzem i powinien się kształcić w tym kierunku. Beata starała się go wychowywać na osobę religijną, regularnie prowadzała go na msze do kościoła, jeździła z nim na wycieczki do Rzymu. Z sąsiadami Beata T. żyła dobrze, ale bez zbytniej poufałości. Uważała się za lepszą od nich, była zarozumiała. Przekonana, że jest wzorową matką, syna miała za anioła. Jakiekolwiek oznaki dziecięcego buntu ignorowała, tłumacząc sobie, że jej dziecko ma twardy, męski charakter.

Michał przestał być idealnym synem w połowie liceum. Wtedy poznał bliżej Kamilę, starszą o rok koleżankę ze szkoły. Zaczęli się spotykać. Matka robiła chłopakowi wyrzuty, że nie wraca na noc i nie mówi jej, co się z nim dzieje. Wytykała, że opuszcza się w nauce. O dziewczynie Beata wyrażała się nieelegancko, a o jej dość skromnie żyjącej rodzinie nie mówiła inaczej niż „biedota i patologia”. Matka nastolatka widziała w dziewczynie konkurencję. Zawsze wyobrażała sobie, że to ona wskaże mu kobietę godną związania się z jej jedynakiem.

 

Ciągłe krytykowanie Kamili przez Beatę doprowadzało chłopaka do szału. Początkowo starał się ignorować matkę, ale kiedy komentarze na temat złego gustu i nieodpowiedniego zachowywania jego dziewczyny zmieniły się w obrażanie jego ukochanej, Michał przeszedł do kontrataku.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze