Mieszkańcy szerokiej strefy wokół stolicy kraju zaczynali każdy dzień jak na polu bitwy. W drodze do pracy odruchowo pochylali głowy nad kierownicami. Ulice pustoszały, a nieliczni przechodnie biegli zygzakiem od samochodów do miejsc przeznaczenia.

W dziennikach telewizyjnych pokazywano, jak ludzie najbardziej zagrożeni, czyli klienci stacji benzynowych tankowali paliwo na klęczkach lub w pozycji kucznej, obserwując przedpole znad blachy pojazdów.

W środę, 2 października 2002 roku, dwa dziwne zdarzenia z użyciem broni palnej postawiły na nogi policję w dwóch miasteczkach stanu Maryland, na obrzeżach waszyngtońskiej metropolii. Pierwsze było niegroźne lecz zagadkowe, drugie – tragiczne w skutkach. O siedemnastej dwadzieścia, w porze już wieczornej, pocisk ze strzelby wybił otwór wielkości pięciocentówki w witrynie sklepu z rękodziełem firmy Michaels w Aspen Hill, w hrabstwie Montgomery. Sklep był pusty, obyło się bez ofiar.

Wyglądało to na rezultat lotu zabłąkanej kuli, co nie dziwi w kraju, gdzie statystycznie na głowę obywatela przypada kilka sztuk broni palnej. Natomiast czterdzieści minut później nie można już było zwalać wszystkiego na przypadek. Pocisk wystrzelony celowo i precyzyjnie z broni nieznanego sprawcy zabił mężczyznę na parkingu Shoppers Food Warehause w miasteczku Wheaton. Ofiarą okazał się 55-letni James D. Martin, który z niemałym trudem znalazł miejsce do zaparkowania samochodu i zdołał zrobić zaledwie kilka kroków w stronę sklepu, gdy śmiertelny postrzał w plecy zwalił go na asfalt. Kamery bezpieczeństwa zarejestrowały ostatnie kilka minut w jego życiu, od momentu wjazdu na parking do chwili, gdy idąc do sklepu zatrzymał się raptownie, złapał za serce i upadł.

Policja doszła do wniosku, że James Martin nie znał sprawcy, a przypuszczalnie nawet nie zdążył stwierdzić, że do niego strzelano. Detektywi zajęli się badaniem szczegółów z życia ofiary tajemniczego zamachu, bezskutecznie próbując znaleźć odpowiedź na pytanie o motywy tak bezsensownej zbrodni.

Martin był typowym przyzwoitym obywatelem, mężem i ojcem jedenastoletniego chłopca. Nie miał wrogów. Był lubianym kolegą i cenionym programistą w federalnej agencji National Oceanic and Atmospheric Administration, zajmującej się badaniem wód i powietrza. Niemal cały wolny od pracy czas spędzał w radzie kościoła Metodystów i w organizacji Boy Scouts, do której należał jego syn. Feralnego wieczoru jechał na zbiórkę skautów i zatrzymał się przy tym sklepie, by kupić dla nich kanapki i colę. Do końca dnia policjanci zdołali skojarzyć te proste fakty, co wcale nie uśmierzało ich niepokoju. Źle dzieje się gdy człowiek ginie od kuli na parkingu cichego miasteczka.

 

Polowanie na ludzi

Nikt nie był jeszcze w stanie przewidzieć, że śmierć Jamesa Martina była zapowiedzią długiej serii podobnych tragedii.

Już rankiem następnego dnia, w czwartek 3 października, kolejny alarm: mężczyzna zastrzelony na stacji benzynowej kompanii Mobil w Aspen Hill, zaledwie kilka domów od sklepu Michaels, gdzie poprzedniego wieczoru pocisk wybił dziurę w oknie. Ofiarą był Premkumar Walekar, 54-letni kierowca taksówki. Kilkanaście minut po godzinie ósmej zaczynał dzień pracy, jak zwykle napełniając bak samochodu, gdy przy pompie otrzymał postrzał w klatkę piersiową. Świadkiem zdarzenia był mechanik ze stacji oraz kilku klientów. Taksówkarz ciężko brocząc krwią przebiegł kilka metrów i osunął się na ziemię obok zaparkowanego samochodu. Pasażerką była lekarka, która bez wahania zaczęła stosować zabiegi reanimacyjne.

Nie przydały się już na nic. Premkumar Walekar zmarł w kilka minut później. Zebrane o nim informacje świadczyły, że również on nie miał wrogów dybiących na jego życie. Imigrant z Indii od 1968 roku, zdołał osiągnąć amerykański sukces na miarę swoich marzeń: kupił dom, sprowadził żonę, dochował się dwojga dzieci, wykształcił je i planował powrócić na starość do rodzinnego miasteczka pod Bombajem. Komu więc zależało na jego śmierci?

Tuż po godzinie ósmej do wydziału policji hrabstwa Montgomery zatelefonował lekarz z Suburban Hospital w miasteczku Rockville. Stwierdzono tam zgon człowieka, który zmarł w ambulansie wiozącym go z miejsca tajemniczej tragedii. Był to James „Sonny” Buchanan, 39-letni właściciel firmy ogrodniczej. Od kilku miesięcy nie prowadził już usług i przeprowadził się w góry pobliskiego stanu Wirginia, gdzie pomagał ojcu w budowie domu. Od czasu do czasu powracał do Rockville. Właśnie rankiem 3 października wyświadczał przyjacielowi przysługę i jeździł kosiarką po jego przydomowym trawniku, gdy pracownicy pobliskiego warsztatu samochodowego usłyszeli odgłos wystrzału. Ujrzeli tylko, jak broczący krwią „Sonny”  osuwa się na ziemię i wezwali pogotowie.

Dwa przypadki śmierci od ran postrzałowych nastąpiły zaledwie w półgodzinnym przedziale czasowym. Tak zaczął się dzień, którego wydarzenia narzuciły mieszkańcom jednego z najbardziej zaludnionych rejonów Ameryki niemal trzytygodniowy okres strachu.

O godzinie ósmej trzydzieści – już trzecia tragedia. Na pogotowie policyjne hrabstwa Montgomery zatelefonował kierowca samochodu: na ławce obok restauracji Crisp & Juicy w miasteczku Silver Spring leży trup kobiety, która przed chwilą przypuszczalnie popełniła samobójstwo. Później stwierdzono, że 34-letnia Sarah Ramos wcale nie targnęła się na życie. Była najzwyczajniej szczęśliwym człowiekiem.

 

Dwa lata temu przybyła do USA z Salwadoru ze swym mężem, profesorem ekonomii w swoim kraju, oraz siedmioletnim synkiem. Borykając się z trudnościami w opanowaniu języka angielskiego chwytali się rozmaitych prac: mąż był sprzedawcą w nocnym sklepie, ona sprzątała i opiekowała się dziećmi. Oboje jednak nie tracili nadziei, że kiedyś będą pracować w swoich zawodach. Mąż brał pod uwagę możliwość powrotu na uniwersytet; Sarah miała za sobą rok studiów prawniczych w Salwadorze i marzyła o dokończeniu ich w USA. „Miała zdecydowane, śmiałe plany na przyszłość i pracowała wystarczająco ciężko, by kiedyś je spełnić” – powiedziała reporterom jej siostrzenica.

Zbrodnia w październikowy poranek pokrzyżowała to wszystko. Sarah Ramos siedziała na ławce z książką w ręku, czekając na pracodawcę, który codziennie o tej porze odbierał ją z tego miejsca. Pocisk przebił jej głowę na wylot, rozbił okno restauracji za jej plecami i utkwił w ścianie. Świadek jej śmierci zauważył białą ciężarówkę dostawczą z czarnym liternictwem na burcie, z dwoma mężczyznami w szoferce, oddalającą się z miejsca zdarzenia. Była to brzemienna w skutki informacja, która skierowała śledztwo na fałszywe tory.

Zaledwie godzinę później – kolejny celny wystrzał z długolufowej broni palnej pozbawił życia kolejną przypadkowo wybraną ofiarę. Dwie minuty przed godziną dziesiątą rano śmierć poniosła 25-letnia Lori Lewis-Rivera.

Kula zamachowca ugodziła ją w głowę, gdy na stacji benzynowej Shell w miasteczku Kensington odkurzała wnętrze samochodu. Odgłos strzału słyszeli klienci i obsługa stacji, skojarzyli go jednak z eksplozją poduszki powietrznej. Nikomu nie przyszło do głowy, że ktoś może w biały dzień strzelać do ludzi. Na widok kobiety leżącej w szybko powiększającej się kałuży krwi obok otwartych drzwi czyszczonego samochodu, nastąpiła panika. Nikt jeszcze nie wiedział, że już wkrótce udzieli się ona milionom mieszkańców ogromnego kręgu wokół stolicy kraju.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze