Stan oblężenia

Śmierć Lori Lewis-Rivera, czwartej z kolei ofiary w zaledwie dwugodzinnym przedziale czasowym, wywołała wśród policji stanu Maryland falę najbardziej czarnych domysłów. Lori była z zawodu profesjonalną opiekunką dzieci, zatrudnioną w zamożnych rodzinach. Miała męża i trzyletnią córeczkę. Nie miała wrogów, a tym bardziej czyhających na jej życie. Jej tragedia potwierdzała pierwsze przypuszczenia, że po trasach i ulicach krąży zmotoryzowany snajper, wybierający przypadkowe ofiary spośród ludzi zajętych codziennymi sprawami. Należało więc działać szybko i natychmiast ostrzec społeczeństwo.

Policja hrabstwa Montgomery, gdzie padło już pięć ofiar śmiertelnych, zatroszczyła się w pierwszej kolejności o dzieci. Ogłoszono alarm znany jako Code Blue, narzucający szczególne środki ostrożności w budynkach i wokół szkół.

Już po godzinie dziesiątej zwołano pierwszą konferencję prasową, na której ze strony policji padły pierwsze niepokojące słowa: „Trwa seria przestępstw, z jakimi dotychczas nigdy nie mieliśmy do czynienia”.

Jeszcze tego czwartkowego poranka rozpoczęło się zmasowane poszukiwanie białego samochodu, którym – według relacji świadka śmierci Sarah Ramos w Silver Spring – mogą poruszać się przestępcy. Pojazd ten policja określiła jako przypuszczalnie biały dostawczy van lub biała ciężarówka, marki Isuzu lub Mitsubishi. Policjanci stanu Maryland wspomagani przez agentów FBI i Secret Service ustanowili na drogach dziesiątki punktów kontrolnych, do końca dnia zatrzymując i kontrolując kilka tysięcy pojazdów. Dopiero wówczas okazało się jak wiele białych samochodów transportowych produkcji japońskiej krąży po drogach.

Jednocześnie 60 detektywów po cywilnemu obstawiło główne stacje benzynowe przy trasach szybkiego ruchu. Szkoły spędziły ten dzień w stanie przypominającym oblężenie, niektóre posuwając się do aż tak zaawansowanych środków ostrożności, że lekcje trwały przy starannie zasłoniętych oknach.

Spanikowani rodzice czekali pod zamkniętymi drzwiami na koniec zajęć, a niektórzy zabierali dzieci do domów w ciągu dnia. Podobnie nerwowo zachowywali się urzędnicy w biurowcach. Opustoszały sklepy, stacje benzynowe i uliczne chodniki. Nikt nie chciał narażać się na cel szalonego snajpera, czy też kilku obłąkanych strzelców, bo panika pomnażała liczbę sprawców zbrodniczej strzelaniny.

Dlatego przed południem policja zwołała już drugą tego dnia konferencję prasową. Tym razem osobiście wystąpił sam Charles Alexander Moose, szef policji hrabstwa Montgomery, by wezwać społeczeństwo do współpracy w poszukiwaniu sprawcy lub sprawców pięciu zbrodni. Nie ukrywał wzburzenia i niepokoju: „Każdy to czuje, nikt nie jest w stanie ukryć strachu. Jeszcze nie potrafimy przewidzieć, w jakim ta sprawa zmierza kierunku. Przecież nigdy przedtem nie mieliśmy do czynienia z zagrożeniem tak nieokreślonym i nieznanym. Byliśmy przecież zbiorowością żyjącą spokojnie, w poczuciu bezpieczeństwa. A teraz statystyki zbrodni podskoczyły w ciągu dnia o 25 procent”.

Czołowy policjant hrabstwa apelował jednak o spokój: „Nie powinniśmy wpadać w panikę. Pozwólcie nam spokojnie wykonywać obowiązki. Prosimy rodziców o cierpliwość i zrozumienie. Żadna z ofiar nie była w wieku szkolnym. Nasze dzieci i nasze szkoły są całkowicie bezpieczne”.

Kolejne godziny miały rzeczywiście uspokoić rodziców: dzieci nie były jeszcze głównym celem zamachów.

 

Chevrolet po raz pierwszy

Zanim dzień 3 października 2002 roku dobiegł końca, ofiarą snajpera padła jeszcze jedna ofiara. Kwadrans po godzinie dwudziestej pierwszej, 72-letni Pascal Charlot pełen radości życia maszerował dla zdrowia wzdłuż Georgia Avenue na południowych przedmieściach Waszyngtonu, gdy został zwalony jednym pociskiem. Tym samym społeczność haitańska z rejonu stolicy kraju straciła najbardziej aktywnego przywódcę. W tym środowisku Pascal Charlot był wszystkim: głową dużej rodziny, ojcem pięciorga dzieci, opiekunem ciężko chorej żony, a zarazem wsparciem dla wielu ludzi w sąsiedztwie. Dlatego pędził życie w biegu od wczesnego rana do późnego wieczoru, by całkiem przypadkowo dostać się w zasięg snajperskiego karabinu.

Kilku świadków, którzy pospieszyli na ratunek leżącemu na chodniku mężczyźnie, słyszało odgłos wystrzału z drugiej strony ulicy. Jeden z nich dostarczył cennych informacji. Jego zdaniem, w miejscu skąd mógł paść strzał nie było osób pieszych, natomiast jechał tam wolno stary samochód. Świadek zapamiętał jego wygląd: był to mocno wysłużony, czterodrzwiowy Chevrolet Caprice, w kolorze ciemnoczerwonym lub brązowym, z przydymionymi szybami. Z tym opisem zgadzały się zeznania innego świadka. Spostrzegł on duży samochód, niewątpliwie amerykańskiej produkcji, o kwadratowych kształtach i w ciemnym kolorze. Jeszcze przed tragicznym zdarzeniem pojazd ten parkował na Georgia Avenue, a w ułamek sekundy po donośnym odgłosie wystrzału natychmiast wystartował przed siebie i zniknął w labiryncie przedmieścia.

Był to pierwszy sygnał w sprawie auta Chevrolet Caprice. Gdyby policja od razu poszła tropem tego samochodu i sprawdziła jego pasażerów, sprawa dobiegłaby końca chyba tak szybko jak się rozpoczęła, a liczba ofiar ograniczyłaby się do sześciorga ludzi. Zgłoszenie o tajemniczym Chevrolecie potraktowano jednak pobieżnie i rutynowo. Jego poszukiwania zakończyły się szybkim sukcesem. Już w niecałą godzinę po zastrzeleniu starszego mężczyzny, na Chevroleta Caprice rocznik 1990 natrafił policyjny patrol na trasie szybkiego ruchu na północ od Waszyngtonu. Samochodu nawet nie zatrzymano. Policjant ograniczył się do wrzucenia jego namiarów z tablicy rejestracyjnej do centralnego komputera. Stwierdzono czyste, nienaganne konto posiadacza samochodu, więc mógł się on bez przeszkód udać w dalszą drogę, chyba nawet nie mając pojęcia, że został namierzony i sprawdzony.

 

Atak na Amerykę?

Śmierć pięciorga ludzi, przypadkowo wybranych przez snajpera i zastrzelonych w ciągu zaledwie jednego dnia w bliskim sąsiedztwie stolicy kraju, wywołała w USA wzburzenie graniczące z paniką. Poprzedniego dnia w podobnych okolicznościach zginęła jedna osoba. Więc w dwa dni – sześć ofiar! A co będzie dalej?

 

W telewizji i w gazetach pojawiły się niepokojące pytania. Fakt, że na obrzeżach Waszyngtonu ktoś poluje na ludzi w biały dzień, Amerykanie przyjęli jako zapowiedź kolejnego ataku na społeczeństwo. Przecież od 9/11, czyli od zamachów terrorystycznych 11 września 2001 roku, minęło zaledwie dwanaście miesięcy. Wystarczająco dużo czasu, by każdy po swojemu był ekspertem, skłonnym analizować i przewidywać wszystkie możliwe scenariusze kolejnego ataku na Amerykę.

Na co teraz porwie się Al-Kaida, by dokuczyć znienawidzonemu wrogowi? Niemal wszyscy, od wysokiej rangi funkcjonariuszy do spraw bezpieczeństwa narodowego po redaktorów i czytelników gazet, brali pod uwagę terrorystyczny atak z zastosowaniem małej „podręcznej” broni nuklearnej, trucizny zwanej wąglikiem wysyłanej w listach, zatruwania zasobów wodnych, urządzania spektakularnych eksplozji w centrach wielkich miast, z użyciem ciężarówek wyładowanych materiałem wybuchowym.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze