Nikt jednak nie przewidział aż tak perfidnie prostej metody terroryzowania społeczeństwa, zastosowanej w dwa październikowe dni na obrzeżach Waszyngtonu. Wszyscy znaleźli się na celowniku terrorysty. Czy jest coś bardziej przerażającego niż paraliżująca świadomość, że każdy człowiek po wyjściu z domu może zostać zastrzelony przez snajpera? Na razie terrorysta daje o sobie znać w małych miasteczkach pod Waszyngtonem. Ale co będzie, gdy terroryści spod znaku Al-Kaidy zaczną strzelać do ludzi w coraz to innym rejonie kraju?

Toteż rankiem 4 października pytania te dręczyły już miliony Amerykanów wyruszających do pracy. Ludzie przyglądali się sobie nawzajem zza szyb samochodów, próbując wyczuć zagrożenie. Paraliżującą atmosferę strachu i niepewności wyczuwało się na trasach szybkiego ruchu na obrzeżach Waszyngtonu, choć już o szóstej trzydzieści telewizja pokazała bezpośrednią relację z konferencji prasowej w siedzibie policji hrabstwa Montgomery. Szef Charles Moose z gorliwym przekonaniem zapewniał, że jego ludzie kontrolują sytuację i robią wszystko co w ich mocy by schwytać snajpera.

Jakby na przekór słowom kapitana Moose i z czystej chęci zadrwienia sobie z policji, snajper zapolował o drugiej trzydzieści po południu. O tej porze 43-letnia matka dwojga dzieci ładowała torby z zakupami w rejonie centrum handlowego Spotsylvania Mall w pobliżu miasta Fredericksburg w stanie Wirginia, gdy pocisk ugodził ją w plecy, przeszył ją na wylot, na szczęście nie uszkadzając ważnych narządów wewnętrznych i utkwił w karoserii jej samochodu. Kobieta przeżyła zamach. Policja nie podała do wiadomości publicznej jej danych personalnych. Ostatecznie wyszła z niego bez większego uszczerbku na zdrowiu, co było pierwszą dobrą wiadomością tego dnia.

Przerażał jednak fakt, że snajper jest profesjonalistą, posługuje się karabinem o znacznej mocy i dalekim zasięgu, używa pocisków kalibru 223, stosowanych przez zawodowych morderców i żołnierzy armii. Pociski te charakteryzuje mały rozmiar i ogromna prędkość w drodze do celu.

Po jego osiągnięciu wywołują spustoszenie o nieodwracalnych skutkach. Potrafią przebić kamizelki kuloodporne z rządowymi atestami, a przedzierając się przez ciało rozpłaszczają się, zwiększają swoją powierzchnię lub rozpadają się na fragmenty tnące tkanki ze skutecznością brzytwy.

Właśnie taki pocisk przeszył klatkę piersiową anonimowej kobiety i został natychmiast potem wydobyty z karoserii samochodu. Już następnego dnia fotografię pocisku kaliber 223 i opis w jaki sposób zabija, przyniósł wielonakładowy dziennik „USA Today”, a za nim niemal cała prasa i stacje telewizyjne. Niepokój, a nawet strach, udzielił się już teraz rzeczywiście niemal wszystkim. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach wpadłby na pomysł, by broń o takiej skuteczności rażenia używać przeciwko własnym rodakom? Amerykanom trudno było w to uwierzyć! Snajperem zatem musi być ktoś obcy, pałający nienawiścią do obywateli USA, a więc znów: nikt inny tylko islamski terrorysta spod znaku arabskiej Al-Kaidy.

Świadkami siódmego już z kolei zamachu terrorystycznego było wielu ludzi, a tylko jedna osoba zapamiętała istotny szczegół. W chwilę potem, gdy zraniona kobieta osunęła się na asfalt, spod centrum handlowego Spotsylvania Mall wystartował ze znaczną prędkością stary czterodrzwiowy Chevrolet w ciemnym kolorze. Choć był to już drugi w ciągu dwóch dni sygnał w sprawie tego samego pojazdu dostrzeżonego na miejscu dwóch kolejnych zamachów, policja nie przywiązała większej wagi do Chevroleta. Wciąż trwała metodyczna, zorganizowana akcja poszukiwania białej ciężarówki o burtach w kształcie pudła. Nie pierwszy to i nie ostatni przypadek długotrwałej fascynacji policjantów fałszywym śladem.

 

Strzał do dziecka

Od piątkowego zamachu na kobietę w Spotsylvania Mall minęły dwa względnie spokojne dni. Ludność rozległego rejonu wokół stolicy nie ufała tej ciszy. Cień terroru stał się dostrzegalny w opustoszałych centrach handlowych i na trasach szybkiego ruchu. Ludzie nie potrafili oderwać się od tematu zamachów dokonywanych blisko ich domów. Świetnie sprzedawały się gazety, wypełnione reportażami z miejsc tragicznych zdarzeń. Telewizja nadawała programy specjalne, w których szef policji Charles Moose wyrażał umiarkowany optymizm, że sprawca lub sprawcy  terroru nie wygrają tej wojny ze społeczeństwem, a zwłaszcza z profesjonalistami takimi jak on, stojącymi na straży prawa.

 

W niedzielny wieczór 6 października szef Charles Moose po raz kolejny próbował uspokoić rodziców. Przyrzekł, że już za kilkanaście godzin, w poniedziałkowy poranek, w rejonie szkół pojawią się wozy patrolowe, a obecność funkcjonariuszy powinna zagwarantować bezpieczeństwo dzieci.

Kapitan Moose powtórzył te zapewnienia w porannych dziennikach telewizyjnych w poniedziałek, 7 października, dodając z nieukrywaną satysfakcją: „Szkoły zaczynają nowy dzień w sposób normalny i niczym niezakłócony”. W chwili gdy wypowiadał te słowa, pocisk snajpera zwalił z nóg ucznia siódmej klasy szkoły Benjamin Tasker w miasteczku Bowie w stanie Maryland. Trzynastolatek Iran Brown otrzymał postrzał kilka minut po godzinie ósmej, natychmiast potem, gdy wyszedł na szkolny trotuar z samochodu swej ciotki. Tanya Brown, z zawodu pielęgniarka, która codziennie podwoziła go do szkoły, ujrzała w lusterku jak chłopiec pada na chodnik. Natychmiast wrzuciła wsteczny bieg i na widok krwi zatelefonowała na policję, a potem bez wahania wtaszczyła chłopca do samochodu i popruła do najbliższego szpitala. Pocisk kalibru 223 trafił go w brzuch i naruszył niemal wszystkie organy wewnętrzne. Lekarze tylko cudem zdołali utrzymać trzynastolatka przy życiu.

Kapitan Charles Moose nie potrafił powstrzymać łez. Podczas drugiej konferencji prasowej w ten poniedziałkowy poranek, transmitowanej na cały kraj, kamery pokazały jego twarz w momencie niczym niekontrolowanej słabości. Płacząc przed kamerami kapitan Moose stał się kolejnym bohaterem Ameryki. W USA łzy silnych mężczyzn nie są niczym nagannym; wręcz przeciwnie – stają się czasem  przepustką do sławy. Pokazują bohatera w szczytowym momencie jego szczerości. „Ktoś posunął się aż tak daleko w nienawiści do ludzi, że wziął na cel dziecko – mówił przez łzy Charles Moose. – Teraz i my idziemy na całość. Nasze dzieci nie zasłużyły sobie na to. Strzelać do dziecka… Od tej pory traktuję to jak osobistą zniewagę”.

Dzięki tym scenom kapitan Charles Moose, jeden z kilku tysięcy szefów policji w małych rejonach administracyjnych USA, stał się nie tylko bohaterem dnia, lecz również główną postacią telewizyjnych programów oraz autorem wysokonakładowej książki. Relacjonując kilkakrotnie w ciągu dnia na konferencjach prasowych przebieg walki z nieuchwytnym terrorystą, został osobą (a właściwie osobistością) medialną, jedną z najbardziej popularnych twarzy roku 2002.

Zamach na ucznia skłaniał do przerażających wniosków. Snajper jest zdeterminowanym szaleńcem, człowiekiem pozbawionym sumienia i ludzkich uczuć. Nieważne z jakich pobudek działa, osobistych czy politycznych, uczynił teraz wszystko, by ekstremalnie zaognić sytuację i wywołać w społeczeństwie jedno wielkie pragnienie zemsty.

W listach do gazet pojawiły się nawoływania do samosądu. Gdyby został ujęty na gorącym uczynku, niewątpliwie groziłoby mu wdeptanie w ziemię przez rozwścieczony tłum. Bo ciężkie postrzelenie trzynastolatka niemal na progu szkoły potraktowane zostało jako najbardziej dotkliwy cios w bezpieczeństwo Amerykanów. Nienawiść ludzi obróciła się przeciwko sprawcy. Nieważne, czy jest to islamista z Al-Kaidy, czy jakiś szaleniec strzelający do ludzi za podszeptem sobie tylko znanych demonów.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze