Kilka godzin zajęło mu wyproszenie na wpół jeszcze otumanionych „gości” brata i doprowadzenie Tomasza R. do stanu, w którym mógł go zabrać do domu. Gdy prowadził go do samochodu, Tomek znów źle się poczuł i zwymiotował na trawniku. Potem osłabł i zamiast iść normalnie przebierał nogami jak manekin, a gdy dotarli do samochodu z trudnością łapał oddech. Artur mruczał pod nosem niecenzuralne komentarze, wrzucając brata jak worek na tył samochodu i popędził na pełnym gazie w stronę domu.

Jego małżonka wystraszyła się na widok Tomka.

 

– Tomek jest chory. Zadzwoń do mamy, ale nic jej nie mów o Tomku. Powiedz jej, że przyjdziemy na obiad za dwie godziny – Artur wyprawił żonę z synkiem do parku i próbował porozmawiać z Tomkiem, który był już bardziej przytomny.

– Nie wiem co wziąłeś i jak długo to robisz, ale jesteś porządnie naćpany – zaczął surowo.

– Artur, słowo daję, że nie ćpam! Po prostu zapaliłem skręta i mnie wzięło – Tomek patrzył na brata ze skruchą.

– Kłamiesz. Od dawna ćpasz?

– Nie, no Artur, daj spokój! Wiesz, jak to jest ze studentami! Jak się wkuwa przed sesją, to człowiek czasem musi czymś się podratować. Ale to się już nie powtórzy, słowo ci daję. Tylko nic nie mów mamie, dobrze? Biedaczka by chyba dostała zawału…

– Tego się nie obawiaj. Wyśpij się i wykąp, bo dalej śmierdzisz, a jutro jej się pokażesz. Powiem jej, że masz grypę i przyjedziesz dopiero jutro – Artur szybko dał się udobruchać.

Matka odetchnęła z ulgą, gdy Artur okłamał ją, że młodszy brat ma do napisania jakiś referat, ale atmosfera nadal była ciężka. Po dwu godzinach Artur szepnął żonie, by udała atak migreny i pożegnali matkę. Chciał teraz na spokojnie porozmawiać z Tomkiem i uzyskać od niego solenną obietnicę, że już nigdy nie sięgnie po skręta ani inne świństwo. W swojej naiwności sądził, że to zupełnie wystarczy, aby sprowadzić brata na dobrą drogę.

Tomka jednak nie było w mieszkaniu. Po chwili Artur odkrył brak kluczy do jego mieszkania i swojego zegarka. Zaklął pod nosem i znów pognał do Wrocławia, ale czekał pod drzwiami jego meliny ponad trzy godziny, zanim brat pojawił się z równie jak on nabuzowanym kolegą.

Wciągnął ich do mieszkania i odkrył w kieszeni kurtki brata prochy. A więc Tomek dopiero zaczynał „ucztę”! Wyrzucił to świństwo do muszli klozetowej, chociaż Tomek szarpał się i błagał, by tego nie robił.

Po kilku godzinach Artura czekał jeszcze większy cyrk. Tomek pocił się i rzucał, rozbiegane oczy latały mu na wszystkie strony. Wyrywał się z mieszkania i mamrotał cos bez sensu. Brat nie ćpał okazyjnie, jak sądził i jak mówił wcześniej. Był mocno uzależniony, a teraz był „na głodzie”. Artur bez namysłu postanowił zawieźć go do lekarza rodzinnego, do którego miał duże zaufanie. Doktorowi wystarczyło, że spojrzał na Tomka.

– W tym stanie potrzebne mu będą środki uspokajające. A generalnie radziłbym kontakt ze specjalistami. Tu ma pan adresy lekarzy i ośrodków odwykowych, a tu adres prywatnej kliniki, która ma o ile wiem dobre wyniki – lekarz wypisał na kartce kilka adresów i telefonów oraz receptę.

Klinika, ośrodek odwykowy… To było absurdalne. Lekarz bardzo jednak zalecał, by Tomek przeszedł odtrucie pod nadzorem lekarzy. Artur ekspresowo załatwił przyjęcie brata do prywatnej kliniki, a gdy przekazał go lekarzom odetchnął z ulgą. Był przekonany, że tam postawią chłopaka na nogi i wszystko wróci do normy.

 

Matczyna miłość

Nie wierzył własnym uszom, gdy po dwóch dniach poinformowano go, że Tomek opuścił klinikę.

– To gnojek! – nieomal krzyknął do słuchawki. Był wściekły na Tomka, ale najgorsze było to, że nie miał pojęcia, gdzie szukać marnotrawnego brata. Nie mógł wrócić do wynajmowanej kawalerki, bo klucze do niej miał Artur.

– Może znajdę go w akademiku – pomyślał Artur i już miał jechać go tam szukać, gdy zadzwoniła matka.

– Artur, możesz mi pożyczyć tysiąc złotych? – spytała.

– No jasne. Zaraz u ciebie będę.

Pojechał zawieźć jej pieniądze i po drodze zastanawiał się, co ma jej powiedzieć, gdy spyta o Tomka. Ale to było niepotrzebne.

Mówiłam Tomkowi by na ciebie zaczekał, ale się spieszył – powitała go matka. A Artura od razu coś tknęło.

– Był u ciebie po pieniądze, czy tak?

– Bardzo się spieszył, bo ma napisać pilnie pracę na zajęcia, a padł mu komputer. Ale obiecał do ciebie zadzwonić. A ja miałam przy sobie tylko tysiąc złotych, z czego osiemset na czynsz i raty. Ale za dwa tygodnie ci oddam przynajmniej połowę…

– Jakie ty płacisz raty? Przecież nic ostatnio nie kupowałaś?

Matka zmieszała się, ale Artura tknęło podejrzenie, że te raty mają coś wspólnego z Tomkiem i w końcu dowiedział się, jak wyglądają sprawy. Gdyby w tej chwili dorwał Tomka, chyba stłukłby go na kwaśne jabłko. Był też wkurzony na matkę, że dopiero teraz o tym mówi.

Artur nie uwierzył w kradzież dowodu. Całkiem słusznie, bo po kilku dniach w mieszkaniu brata znalazł umowy zakupu komórek i telewizora a także umowę pożyczki.

Ostrzegł też matkę, by nie dawała Tomkowi żadnych pieniędzy.

– Mamo, na czynsz ja mu daję! A on ma przecież także stypendium!

Matka się zająknęła.

– Mówił, że ostatnio mu nie dajesz, bo masz swoje spore wydatki…

Artur zacisnął zęby, by głośno nie przekląć. Brat nie mógł być przecież aż tak podły, by wyłudzać od matki ostatnie grosze. I tak perfidnie oszukiwać swego jedynego brata. To jakiś koszmar!

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze