Dodatkowa analiza obrazu Paula Klee wykazała też, że numeracja, której malarz używał zamiast swego podpisu, nie zgadzała się z numeracją zewidencjonowaną w bardzo skrupulatnie prowadzonym katalogu artysty. Słowem, wszystkie trzy obrazy były podrobione i to dość nieudolnie.

– Gdybym chciał malować kopie słynnych obrazów, byłyby nie do odróżnienia od oryginału. Ale mnie to nie bawi, jako artysta nigdy się nie powtarzam. Mam swój indywidualny styl malarski i nonsensem byłoby psucie go naśladowaniem „ręki” innego artysty – twierdził z oburzeniem Wincenty S. po zapoznaniu się z ekspertyzą.

Miesiąc później ciągle zamknięty w celi S., po naradzeniu się z obrońcą zgłosił wychowawcy, że chce rozmawiać w ważnej sprawie z prokuratorem.

Bez kluczenia zeznał do protokołu: zakwestionowane obrazy sam namalował, po prostu ćwiczył rękę, żeby nie wyszła z wprawy.

Niestety, lekkomyślnie podpisał swoje dzieła nazwiskami słynnych twórców. Ale kiedy sprzedawał je Szwedowi, lojalnie uprzedził – to tylko kopie. Kupującemu to nie przeszkadzało. Nie był koneserem, chciał, aby coś ładnego wisiało na ścianie w gabinecie żony.

Wincenty S. zdecydował się na złożenie wyjaśnienia w przekonaniu, że na tym kończy się jego niefortunna przygoda z Marko T. Adwokat zapewniał go, że dopóki kopia nie staje się przedmiotem aktu kupna i to wyłącznie takiego, w którym uchodziłaby za oryginał, wszelkie inne transakcje handlowe są dozwolone. Nawet gdyby Marko T. twierdził, że został oszukany, pozostawał bowiem w przekonaniu, że nabywa oryginały, to ponieważ dał tylko zadatek, faktycznie do sprzedaży nie doszło. Można zatem o całej sprawie zapomnieć.

Niestety, Szwed nie zapomniał, że z powodu oskarżenia go o próbę nielegalnego wywiezienia z Polski przedwojennych obrazów odsiedział kilka tygodni w areszcie i aby go opuścić, musiał wpłacić 15 tys. dolarów kaucji. Wystąpił do sądu z żądaniem odszkodowania od Wincentego S. za doznane przykrości oraz narażenie go na niekorzystne rozporządzanie swoim mieniem. Na szczęście dla Polaka, sąd oddalił to powództwo, jako że Szwed w świetle prawa karnego też był winny.

 

Jestem na ich liście

Zakuty w kajdanki Wincenty S. stanął przed sądem pod zarzutem popełnienia falsyfikatu oraz dokonania niedozwolonej transakcji dewizowej. Stół sędziowski ozdobiły dowody tej transakcji – dwa obrazy z sygnaturami Chagalla i Modiglianiego.

Prokurator odczytując akt oskarżenia, powołał się na art. 49 ustawy karnej skarbowej: „Kto, będąc krajowcem dewizowym, bez zezwolenia lub wbrew jego warunkom, zawiera z cudzoziemcem dewizowym w obrocie z zagranicy transakcje kupna-sprzedaży, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu i grzywny w wysokości do 1 mln zł. Tej samej karze podlega cudzoziemiec”.

Marko T. nie stawił się na rozprawie, przysłał zaświadczenie szwedzkiego lekarza o swym złym stanie psychicznym, spowodowanym przejściami, których sprawcą był Wincenty S.

Oskarżony artysta odwołał swoje wyjaśnienia z śledztwa, jakoby własnoręcznie namalował zakwestionowane obrazy. Owszem, złożył podpis pod protokołem z przesłuchania, ale było to z jego strony nierozważne. Nie miał okularów, które zostawił w celi, nic nie widział, ale było mu wszystko jedno, bo chciał jak najszybciej wyjść z pokoju przesłuchań.

Chwilę potem, składając wyjaśnienia, Wincenty S. odczytywał je bez okularów z małej kartki, położonej na pulpicie ławy dla oskarżonych.

Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie, że źle widzi, zaczął dukać, poprosił o przerwę na dostarczenie mu przez rodzinę okularów. Sędzia uznał to za krętactwo, kazał zeznawać bez czytania czegokolwiek.

– Oba obrazy kupiłem zaraz po wojnie w Łodzi – wyjaśnił artysta – w przekonaniu, że są autentyczne. Sprzedający zaczepił mnie na ulicy. Jak przypuszczałem, był to pozbawiony majątku arystokrata, którego bieda zmusiła do pozbywania się dóbr rodowych. Niestety, nie znam jego nazwiska.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]