W Paryżu Lustig zajął się hazardem. Najprawdopodobniej nawiązał wówczas pierwsze kontakty z tamtejszym półświatkiem. Podpatrywał oszustów, uczył się ich tricków, które potem godzinami trenował w zaciszu wynajmowanego mieszkania. Starsi kompani – oczywiście za sowitym wynagrodzeniem – nauczyli go tajników oszukańczego rzemiosła. Pokazali, jak wytypować ofiarę, grać na jej próżności i chciwości, jak rozpoznać najodpowiedniejszy moment do ataku i jak wyjść ze wszystkiego bez szwanku. Znajomość kilku języków obcych i salonowe obycie bardzo ułatwiały mu oszustwa.

Coraz częściej wyjeżdżał na „gościnne występy” do Stanów Zjednoczonych, które przeżywały okres niebywałego rozwoju.

Nie bez powodu mówi się o „szalonej dekadzie lat dwudziestych”. Po pierwszej wojnie światowej wiele państw europejskich przeżywało kryzys i zmuszone były zaciągać pożyczki od bogatych Stanów Zjednoczonych. Pożyczki ułatwiały zakładanie nowych firm, finansowanie odbudowy zniszczeń. Szybko rozwijał się także rynek papierów wartościowych. Gospodarka Europy była uzależniona od Stanów Zjednoczonych. Nic dziwnego – szalone lata dwudzieste to czas szybkiego wzrostu konsumpcji i zamożności społeczeństwa USA. Propagowano wtedy wygodny styl życia, opierający się głównie na rozrywce. Dla ludzi z wyższych sfer była to era totalnego rozpasania. Wielkie miasta Ameryki, podobnie jak niektóre europejskie metropolie, nigdy nie zasypiały, a nocne życie było jeszcze intensywniejsze niż za dnia. To wszystko tworzyło idealny klimat dla ludzi pokroju Lustiga, którzy wśród luksusów, na salonach czuli się jak ryba w wodzie…

Najczęstszym, a jednocześnie najprostszym zabiegiem stosowanym przez Lustiga, było odwoływanie się do najniższych pobudek ludzkich, ich chciwości i naiwności.

Bardzo często podawał się za austriackiego hrabiego, któremu pozostały jedynie resztki rodowej fortuny. Wielu oszukanych zeznawało potem na policji, iż nic nie wzbudzało ich podejrzeń w historii bogacza uciekającego z rodzinnego kraju przed rzekomą chłopską rewoltą. Było to jedno z jego ulubionych wcieleń. Historycy twierdzą, że posiadał kolekcję kilkudziesięciu paszportów, nieustannie podróżował i zmieniał miejsca zamieszkania. Woził komplety ubrań różnych grup zawodowych np. kelnera, boya hotelowego, księdza, a nawet żebraka.

Z drugiej strony, na jego życiorys trzeba patrzeć jak na jedną wielką zagadkę. Do końca nie wiadomo, ile pieniędzy wyłudził na całym świecie dzięki oszustwom.  Podobno nawet jego kompani i wspólnicy nie znali całej prawdy o swoim szefie. Człowiek-kameleon, który do perfekcji opanował sztukę dopasowania się do otoczenia. – Lustig był ulotny jak dym z papierosa i czarujący jak sen młodej dziewczyny – powiedział o nim jeden z agentów Secret Service. Zapewne to w owym darze „czarowania” mógł się kryć sekret sukcesów tego przebiegłego i wyrafinowanego oszusta.

 

Co zrobić z niechcianą wieżą?

Pewnego wiosennego poranka 1925 roku Lustig siedział w paryskiej kafejce i przy filiżance kawy czytał prasę. W oczy wpadł mu artykuł o wieży Eiffla. Przez kilka pierwszych dziesięcioleci od zbudowania najpopularniejszej wieży świata Francuzi mieli z nią same problemy. W 1890 roku, po światowej wystawie w Paryżu, z okazji której wieża została wzniesiona, konstrukcja miała zostać rozebrana i przetopiona. Nie udało się tego zrobić (z perspektywy czasu możemy się tylko cieszyć z tego powodu) i od tamtej pory jej utrzymanie było dla kolejnych rządów w Paryżu finansowym wyzwaniem. W dwudziestoleciu międzywojennym konstrukcja była w fatalnym stanie technicznym i podobno bardziej straszyła niż stanowiła wizytówkę Paryża. Pojawiały się głosy, że powinno się ją rozebrać… To właśnie one stały się pożywką dla wyobraźni Victora Lustiga. W jego głowie zakiełkował kolejny szatański pomysł!

W maju 1925 roku właściciele sześciu największych francuskich przedsiębiorstw, zajmujących się skupem złomu, otrzymali listy z niezwykłą propozycją. Korespondencja, podpisana przez samego zastępcę ministra poczty i telegrafu, zawierała ofertę sprzedaży gigantycznego obiektu – wieży Eiffla. Miała to być dla nich bardzo dochodowa transakcja. Mieli bowiem szansę kupić blisko siedem tysięcy ton złomu. Oczywiście przetarg miał wygrać ten z nich, który zaproponuje najlepszą cenę. Na spotkanie w luksusowym hotelu „Crillon”, często goszczącym dyplomatów i kwiat finansjery, Lustig jak zawsze ubrał się bardzo elegancko. Podał się za zastępcę dyrektora generalnego w Ministerstwie Poczty, jednak nie okazał żadnych pełnomocnictw i dokumentów. Gościom wyjaśnił, że zostali zaproszeni w uznaniu swoich dotychczasowych dokonań zawodowych i nieskazitelnej reputacji biznesowej. Miał dla nich ciekawą propozycję, a w grę wchodziły potencjalnie spore zyski, niemniej był jeszcze jeden aspekt…

 – Panowie, sprawa jest bardzo delikatna, by nie powiedzieć kontrowersyjna i oczywiście na razie nikt nie może się o niczym dowiedzieć – zaczął niemal konfidencjonalnym tonem, kiedy zasiedli do suto zastawionego stołu. – Chodzi o tę nieszczęsną wieżę, która szpeci naszą stolicę. Koszty jej utrzymania są zbyt wysokie. Rząd podjął decyzję, by ją zburzyć. Domyślamy się, że nie będzie łatwo przekonać wszystkich do jej słuszności, ale ktoś musiał w końcu raz na zawsze rozwiązać ten problem.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]