Niemal przez całe dorosłe życie imał się różnych przestępczych zajęć. Kilkanaście lat wystosowaniu gróźb w Krakowie stanął na czele gangu kradnącego luksusowe samochody w Europie Zachodniej. Dopiero przy okazji procesu sądowego jego kompanów, w maju 2019 roku, wyszło na jaw, że zmarł za kratkami. W ciszy, zapomnieniu, bez rozgłosu.

Czwartkowy ranek, 1 września 1994 roku. We wszystkich szkołach w Polsce trwały uroczystości rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Miliony uczniów, po dwóch wakacyjnych miesiącach, wróciły do nauki. Jednak nie problemami oświaty żyli niektórzy dziennikarze. Była godzina 10.50, kiedy w redakcji „Gazety Krakowskiej” zadzwonił telefon. Słuchawkę podniosła młoda stażystka.

– Dzień dobry. Redakcja „Gazety Krakowskiej”. W czym mogę pomóc? – zapytała.

– Czy pracujecie w sobotę, bo chciałem przekazać wiadomość?

– Na pewno ktoś będzie…

– Bo chciałbym zostawić wiadomość.

– Chwileczkę, tylko wezmę kartkę i coś do pisania… Tak, słucham, już mogę notować.

– W tej sprawie chciałbym kontaktować się tylko z wami. A teraz najważniejsze, co chciałem powiedzieć. Na dworcu PKS w Krakowie, w czerwono-fioletowej torbie podłożona jest bomba. Mówię poważnie, nie żartuję – powiedział szybkim, beznamiętnym głosem rozmówca z drugiej strony telefonu, po czym rozłączył się, nie pozwalając zadać żadnego pytania.

Stażystka była zdezorientowana. Nie wiedziała, czy to kolejny głupi żart, czy poważna informacja. Swoimi wątpliwościami podzieliła się z bardziej doświadczonymi dziennikarzami. Ci nie zastanawiali się ani chwili i o anonimowym telefonie natychmiast powiadomili oficera dyżurnego krakowskiej policji.

To była prawdziwa bomba!

Krakowski dworzec autobusowy znajduje się w centrum miasta, niespełna kilometr od starówki, Sukiennic, kościoła Mariackiego, kilkanaście minut spacerem od Wawelu. Niemal o każdej porze dnia kłębią się tam tłumy podróżnych. Szukanie bomby w olbrzymim budynku, wśród setek ludzi, przypomina szukanie igły w stogu siana… Jednak policja podjęła odpowiednie działania. Kilka minut później w dworcowej poczekalni znaleziono podejrzaną torbę. Nie wiadomo, do kogo należała. Czy to o niej wspominał anonimowy rozmówca dzwoniący do redakcji „Gazety Krakowskiej”? Wiele wskazywało na to, że nie blefował.

Zastosowano nadzwyczajne środki ostrożności. Do akcji rozbrojenia podejrzanego ładunku zaangażowano ponad 40 policjantów i 3 jednostki straży pożarnej. Przezorność okazała się uzasadniona. To była praw-dziwa bomba i na pewno nie skonstruował jej domowy pirotechnik. Ładunek wybuchowy składał się z trzech metalowych pojemników wypełnionych amonitem (silnym materiałem wybuchowym, stosowanym na co dzień w górnictwie i do robót strzałowych w kamieniołomach), którego moc wybuchową porównuje się do siły rażenia dynamitu. Jak stwierdzili później policyjni pirotechnicy, gdyby ładunek został zdetonowany w budynku dworca autobusowego, doszłoby do prawdziwej masakry. Śmierć poniosłoby co najmniej 70 procent przebywających tam ludzi, następne 20 procent zginęłoby pod stropami zarwanego dachu, reszta poniosłaby mniejsze bądź większe obrażenia od odłamków szkła i betonu. Życie przynajmniej kilkuset osób było bardzo poważnie zagrożone.

W torbie z bombą znaleziono list z żądaniami terrorysty. Napisał go na maszynie:

„W ciągu 48 godzin od godziny 12 dnia dzisiejszego, tj. 01.09.1994 przygotować 500 tys. marek niemieckich lub ich równowartość w dolarach amerykańskich o nominałach mniejszych niż 100,

  • pieniądze zapakować w torbę, w której znajduje się ładunek wybuchowy, dodatkowo opakować w folię,
  • żadnych znakowań pieniędzy jakimikolwiek chemikaliami,
  • próba podstawienia fałszywych – umieszczenia jakichkolwiek czujników – sygnalizatorów lub innych „niespodzianek” w torbie z pieniędzmi oznaczać będzie, że po upływie 48 godzin od przekazania pieniędzy w mieście zaczną wybuchać ładunki o zwiększonej mocy niż przekazany wam „prezent”,
  • instrukcje o sposobie przekazania pieniędzy przekazane zostaną w ciągu najbliższych 48 godzin,
  • żadnych zmian czy innych prób usiłujących wydłużyć termin lub mających na celu jakiekolwiek ustalenia odbiegające od tych poleceń,
  • próba przechwycenia nadawcy tego ładunku lub odbiorców pieniędzy równoznaczna jest z uruchomieniem minutników umieszczonych w trzech ładunkach w różnych punkach miasta,
  • pozostaje już tylko 48 godzin”.

Autor czy autorzy podpisali się jako „Gumisie”. Młodszym czytelnikom „Detektywa” być może podpis pod anonimem nic nie mówi, dlatego trzeba wyjaśnić: to tytuł disneyowskiej kreskówki, opowiadającej o siedmiu Gumisiach, zamieszkujących rodzinny dom, zwany Gumisiową Doliną. Akcja toczy się w bliżej nieokreślonym kraju, w czasach średniowiecza. Gumisie to niezwykle sympatyczne stworki, nikogo nie krzywdzą, walczą o dobro i sprawiedliwość.

Tego nie można było powiedzieć o człowieku, który groził detonacją bomb w Krakowie.

Co kierowało Sylwestrem A.? Dowiedz się sięgając po najnowszego „Detektywa” nr 9/2019, w którym opublikowaliśmy reportaż Pawła Wojciechowskiego pt. „Bomby to jest specjalność”.

Więcej intrygujących tekstów o tematyce kryminalnej znajdziesz we wrześniowym wydaniu „Detektywa” nr 9/2019 w sprzedaży od 13 sierpnia 2019 roku, a także w wersji elektronicznej do kupienia TUTAJ oraz w wersji do słuchania dostępnej TUTAJ.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze