W San Quentin (USA) mieści się osobny blok dla oczekujących na wykonanie kary śmierci, a także komora gazowa. Co prawda nie jest używana do tego celu od 1933 roku, ale została przekształcona do wykonywania wyroków kary śmierci poprzez wstrzykiwanie trucizny. Tą metodą w latach 1996-2006 stracono 11 więźniów. W 2010 roku oddano do użytku nową komorę straceń, ale do tej pory nie została jeszcze użyta. Ostatni wyrok kary śmierci wykonano tam 17 stycznia 2006 roku, chociaż w tej szczególnej kolejce czeka już ponad 700 więźniów.

Do San Quentin nie trafiają skazani za drobne przestępstwa, ale ci najbardziej okrutni i bezwzględni, z wyrokami na wiele lat, albo i na całe życie. Pierwszym przystankiem nowo przybyłych więźniów jest Reception Centre (blok przejściowy). Tam odbywa się rewizja. Później osadzeni dostają pomarańczowe ubrania (podczas transferu mają na sobie ubrania papierowe, mające im utrudnić ewentualną ucieczkę). Następnie czeka ich trzymiesięczny okres kwarantanny, podczas którego strażnicy określają profil więźnia – kto chce odbyć karę, wyjść i zapomnieć, a kto może aktywnie działać w więziennych gangach. Po trzech miesiącach ich garderoba zmienia się na granatowe drelichy z żółtymi literami.

Jest to więzienie o maksymalnym rygorze. Mówi się, że skazańcy mają tam dwa wyjścia: wstąpić do więziennego gangu, co skutkuje wydłużonym wyrokiem lub trzymać się z boku, ale to nie jest mile widziane przez „kolegów”.

Obowiązują tam dwa rodzaje prawa: pisane, które zakłada równość, resocjalizację i wzajemny szacunek oraz niepisane – jeśli złamiesz zasady nie dożyjesz świtu.

Jednak najważniejszą, niepisaną zasadą jest segregacja rasowa. Każda grupa ma swój teren, na który inni nie mają wstępu: boisko na spacerniaku należy do czarnoskórych więźniów, a stoły z ławkami są dla białych. Wśród osadzonych są jeszcze inne nacje np. Latynosi. Dla nich jest teren przeznaczony do biegania. Z „kolegą” o innym kolorze skóry nie jada się posiłków przy tym samym stole, ani nie rozmawia.

Wśród więźniów popularne jest tatuowanie na łokciu pajęczej sieci, co symbolizuje odbytą odsiadkę albo zaliczone za kratami morderstwo.

W San Quentin zamieszki wybuchają regularnie. Kilka lat temu, w wyniku buntu, trafiło do szpitala ponad czterdziestu osadzonych. Od tego czasu wprowadzono nowe zasady: na dźwięk alarmu więźniowie muszą położyć się na ziemi z rękami na głowie. Jeśli tego nie uczynią, snajper może do nich celować.

Dla służby więziennej problemem są gangi, których członkowie rozprowadzają narkotyki i wykonują morderstwa na zlecenie. Kilka tygodni od trafienia za kraty „biali” wstępują do Bractwa Aryjskiego lub Nazi Lowriders, Afroamerykanie do którejś z grup Rodziny Czarnych z Guerilli, a Latynosi do Meksykańskiej Mafii, MS-13 lub La Nuestra Familia. Zanim jednak to nastąpi muszą przejść „próbę” i wykonać kilka rozkazów, na przykład pobić innego więźnia. Kiedy „egzamin” wypadnie pomyślnie, chętny do przystąpienia do gangu musi przejść inicjację, czyli dobrowolne poddanie się brutalnemu pobiciu przez innych członków gangu. Co istotne, z gangu nie można „wyjść”, chyba że przez… kostnicę. Jednak, mimo iż życie w San Quentin wydaje się ciężkie, więźniowie pochodzący z Południowej Ameryki wolą tutaj odbywać kary niż wrócić do siebie.

Osadzeni, kilka razy dziennie są rewidowani i to bardzo dokładnie.

Muszą rozebrać się, pochylić i kaszlnąć… Strażnicy oglądają każdy kawałek ich ciała. Nie jest to bezzasadne, więźniowie są wyspecjalizowani w chowaniu broni, często własnej konstrukcji, w każdym możliwym otworze ciała.

Przemoc między osadzonymi jest najczęściej związana z porachunkami gangów. Co ciekawe, w tym więzieniu nie ma problemu z przemocą na tle seksualnym (to wyjątek wśród innych kalifornijskich więzień). Osadzeni sprawiający wyjątkowe kłopoty trafiają do karceru – jednoosobowej celi dwa na trzy metry, bez kontaktu z drugim człowiekiem. Przysługuje im spacer, ale ten także odbywa się w „wyjątkowych” warunkach – betonowej studni. Czasami zabierani są na obowiązkowe zajęcia resocjalizacyjne. Uczestniczą w nich zamknięci w metalowych klatkach. Niektórzy spędzają w karcerze prawie cały swój wyrok.

Jedno z cięższych więzień w USA dba o swoich podopiecznych. W 2002 roku, w ramach resocjalizacji, zapoczątkowano tam projekt Priston Yoga Project (Projekt Więzienna Joga). Na początku zamówiono odpowiedni sprzęt i przeszkolono instruktorów. Inicjator tego projektu, James Fox, twierdzi, że joga daje korzyści nie tylko fizyczne, ale również emocjonalne i psychologiczne. Joga to nie jedyny program resocjalizacyjny w San Quentin. W sumie jest ich tam ponad 30, w tym poradnia małżeńska oraz zajęcia z odpowiedzialnego rodzicielstwa. Niestety, korzysta z nich zaledwie 5 procent osadzonych. Większość „pensjonariuszy” po wyjściu na wolność ponownie wraca za kraty.

 

W 2003 roku rockowy zespół Metalica nakręcił na terenie więzienia teledysk do swojego utworu „St. Anger”, a dzień później muzycy zagrali koncert dla wszystkich osadzonych.

Anna Pacuła

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze