Początkujący dentysta Bart Corbin był stałym bywalcem w restauracji Barnacle’s jeszcze zanim Jennifer podjęła tam pracę. Wpadał na drinka, bo jego młodszy brat Bobby był tu ochroniarzem. We wrześniu 1995 roku Bobby przedstawił brata nowej kelnerce. Wiedział co się dzieje: Bart wodził za Jennifer oczami, a ona odpowiadała profesjonalnie grzecznym uśmiechem, w którym dawało się zauważyć cień zainteresowania.

Potem, gdy byli już razem, Jennifer nie ukrywała, że zwróciła uwagę głównie na jego wzrost. Bart był rzeczywiście wysoki, prawie 190 centymetrów wzrostu, więc Jennifer zaimponowało, że wreszcie zainteresowany nią mężczyzna patrzy na nią z góry, a nie odwrotnie. Bart miał poza tym wiele innych cech wyróżniających go z tłumu: przystojną męską twarz o zaostrzonych rysach twarzy, ładne oczy, włosy i zęby. Fascynowała ją nawet nierówność jego charakteru i częste zmiany nastroju. Szorstki, czasem brutalny w obyciu, niekiedy szokujący nadużywaniem wulgaryzmów, imponował wyjątkową pewnością siebie oraz znakomitą wiedzą niemal na każdy temat. No i właśnie, jego zawód: dentysta! Szczyt marzeń każdej młodej kobiety na wydaniu, gwarancja znakomitej sytuacji materialnej i beztroskiego życia w niczym niezakłóconym luksusie.

Już wkrótce po pierwszej wymianie zdań Bart i Jennifer mieli pewność: oto spełnia się przeznaczenie! Są razem, bo tak być musiało.

Pasują do siebie, nawet pod względem wzrostu. Zanosiło się na związek z mocną przewagą  „za” nad „przeciw”, więc gdy zaczęli się spotykać prywatnie, poza miejscem pracy Jennifer, ona po raz pierwszy od niewiadomych czasów zachowywała się jak w uniesieniu. Bart również zdradzał wszystkie objawy nagłego zauroczenia. Jak to zwykle bywa w sytuacji miłości od pierwszego wejrzenia, wszyscy kibicowali im z takim entuzjazmem, jakby oglądali film hollywoodzki. A tymczasem nie była to filmowa fikcja, tylko zwyczajna, najprawdziwsza prawda.

Przed zakochaną parą nie istniały żadne przeszkody. Bart został natychmiast zaakceptowany przez rodziców Jennifer. Jej ojciec obserwował zachowanie przystojnego dentysty i upewniał się w niezwykle pozytywnych spostrzeżeniach: ten wysoki młody człowiek nie spuszcza oczu z Jennifer i każdym gestem daje wszystkim do zrozumienia, jak bardzo mu na niej zależy. Jak każdy ojciec, Max Barber dokonywał zarazem szybkich kalkulacji całkiem przyziemnych potencjałów zalotnika, a zawód dentysty przysparzał mu oceny bardziej niż wysokie.

Cóż więc młodym pozostało? Bez wątpienia iść na całość, bo już sobie nie wyobrażali życia bez siebie, zaś ich otoczenie dawało do zrozumienia, że tak już musi pozostać, do ostatnich dni. Nic nie stało na drodze do potwierdzenia powszechnych odczuć, nawet tygodniowy wypad Barta na szkolenie dentystyczne w górach Kolorado, bez Jennifer zajętej studiowaniem pielęgniarstwa i pracą w barze. Za to już w kilka tygodni później pojechali razem na włoskie wakacje. Wyjazd okazał się bardzo owocny. Kilka tygodni po powrocie Jennifer poprosiła rodziców na rozmowę i oznajmiła, że jest w ciąży, więc jak najszybciej trzeba zająć się weselem.

Ślub Barta i Jennifer odbył się 1 września 1996 roku, niemal w rocznicę poznania. Stanowili zjawiskową parę. Jennifer w pantoflach na wysokich obcasach dorównywała wzrostem mężowi, a gdy tańczyli razem wprawiali w zachwyt wszystkich gości. W tłumie nie brakowało kobiet zazdrosnych. Młody, wysoki, przystojny dentysta trafia się jak uśmiech kapryśnego losu, tylko nielicznym.

 

Widmo z internetu

Osiem lat później, w listopadową noc 2004 roku, 33-letnia Jennifer Corbin pisała na komputerze kolejny, jeden z kilkuset, list miłosny, który z gorącą pasją i bez zbędnego zastanowienia jednym kliknięciem na ikonkę „Send” odprawiała w przestrzeń cybernetyczną. W pokoju przez ścianę spali jej chłopcy: siedmioletni Dalton i młodszy o trzy lata Dillon. Tej nocy męża znów nie było w domu. Bart od kilku miesięcy chodził, a właściwie jeździł, własnymi drogami. Rzadko wracał do domu na noc, prowadząc chaotyczny i destrukcyjny tryb życia.

Jennifer nie dbała o to ani trochę. Ona miała swoje życie, toczone pod dyktando wielkiego uczucia do mężczyzny imieniem Christopher, przeżywającego z nią to ogromne uczucie na odległość siedmiuset mil, dzielących enklawę bogactwa o nazwie Buford od St. Louis w stanie Missouri.

Jennifer nigdy przedtem nie była tak szczęśliwa. Tak jak ona czują się tylko ludzie, którzy wiedzą czego pragną naprawdę, przekreślając całą przeszłość ze świadomością, że wreszcie odnaleźli sens życia. Jennifer tkwiła w stanie chorobliwej egzaltacji, zaciemniającej rozsądek i czystość logicznego myślenia. Mężczyzny imieniem Christopher nigdy nie widziała na oczy. Nie posiadała nawet jego fotografii, bo on ignorował jej gorące prośby o jego wizerunek. Nie rozmawiała z nim nigdy przez telefon, bo się wymigiwał, gdy mu to proponowała kilka razy. Christopher był internetowym fantomem, jedną wielką niewiadomą. A jednak tej listopadowej nocy pisała do niego tak: – Wiem doskonale, że zdołałeś mnie poznać o wiele lepiej, niż ktokolwiek inny w moim życiu. Tylko Tobie powierzyłam wszystkie tajemnice i ukryte marzenia, i mam całkowitą pewność, że są bezpieczne. Choć nigdy nie mogłam ujrzeć Twojej twarzy, czuję się tak szczęśliwa i bezpieczna, gdyż jestem tylko z Tobą. Och Chris, dobrze wiem, że podzielasz te same pragnienia. Tak bardzo przecież chcemy doczekać tej chwili, gdy nasze oczy spotkają się wreszcie, a nasze dusze połączą się  w jednym wspólnym pragnieniu życia ze sobą na zawsze…

 

Nic nie zapowiadało aż tak wielkich uniesień i drastycznych komplikacji, gdy w Boże Narodzenie 2003 roku Jennifer zasiadła z matką do internetowej gry zwanej „Pieczary i Smoki”. Jej urok polegał na możliwości całkiem wiarygodnego wejścia w rolę jednej z postaci, walczącej o przetrwanie w mrokach średniowiecza, a więc wyłączenia się na krótko, na czas gry, z realiów życia w początkach XXI wieku. Pogrążeni w akcji uczestnicy mogli również poznawać innych uczestników i wymieniać z nimi krótkie, błyskotliwe teksty. Tego rodzaju korespondencja wydawała się całkowicie bezpieczna i bezkarna. Partnerzy znali się tylko z  adresów podanych wyłącznie na użytek gry. Dużo zabawy i dreszcz podniecenia; kompletna anonimowość chwilowego drugiego życia w cyberprzestrzeni. Tylko się bawić, jeśli komuś to się podoba.

Jednak już po tygodniu z wirtualnej gęstwiny smoków, rycerzy, zbójców, dam, władców i poddanych wynurzyła się męska postać tak prawdziwa, interesująca i atrakcyjna, że Jennifer wyłamała się z wyraźnie określonych zasad gry. Zaryzykowała utratą anonimowości, wymieniając z tą postacią prawdziwe adresy internetowe.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze