Krzysztof J. był przekonany, że po tym wyznaniu, mężczyźni, którzy go porwali, zabiją go. W dodatku widział przecież ich twarze, a oni nie wyglądali na takich, którzy takiego świadka wypuszczą żywego. Był jednak już tak obolały, przemarznięty i głodny, że było mu wszystko jedno.

Tymczasem jego oprawcy bili go dotąd, aż w końcu wyjawił nazwisko Turka i nazwę niemieckiego miasta, gdzie sprzedał Jolantę K. Kiedy z oporami to wyznał (bał się też zemsty Turka), zaprzestano bicia. Dostał nawet coś do jedzenia i picia oraz koc, a także uwolniono mu jedną rękę z kajdanek, drugą pozostawiając nadal przykutą łańcuchem do ściany. Krzysztof J. trochę odetchnął i nawet zaświtała mu w głowie nadzieja, że być może żywy wyjdzie z tej przygody. Przez kolejne trzy dni nic się nie działo. Dostawał raz dziennie jedzenie i pobito go już tylko raz, kiedy krzykiem próbował wzywać jakąś pomoc.

 

Wymiana

Po tych trzech dniach do piwnicy wprowadzony został jeszcze jeden więzień. Pomimo słabego oświetlenia w jego opuchniętej twarzy Krzysztof J. rozpoznał Karima B. – Turka, któremu sprzedał dziewczynę, jako kolejną zresztą ofiarę poszukiwań intratnej pracy za granicą. Takich transakcji naliczył potem kilkanaście.

Z tym drugim przywleczonym do piwnicy więźniem Jacek B. i jego koledzy obchodzili się jeszcze gorzej. Bito i kopano go właściwie bez przerwy, żądając jednocześnie, aby natychmiast sprowadził Jolantę K. do Polski. Połamano mu palce u prawej ręki, wybito kilka zębów, a Krzysztof J. dokładnie słyszał, jak od kopnięć ciężkimi butami pękają mu żebra. W końcu sam nie wytrzymał i zaczął krzyczeć do Turka, żeby oddał im tę dziewczynę, bo go zabiją.

Karim B. w końcu uległ i oznajmił, że zadzwoni do swoich ludzi w Niemczech, nakazując wypuszczenie dziewczyny. Dostał więc telefon i zadzwonił. Przykazano mu wcześniej, że ma mówić wyłącznie po angielsku i przez cały czas rozmowy jeden z oprawców przykładał mu do szyi nóż.

Po tej rozmowie oprawcy przykuli Turka do ściany i wyszli z piwnicy. Uwięzieni mężczyźni zostali sami. Turek opowiedział wtedy Krzysztofowi J. o tym, jak został porwany sprzed swojego domu w Niemczech i jak wieziono go pomiędzy jakimiś workami.

W trakcie tej rozmowy obaj mężczyźni doszli do wniosku, że najprawdopodobniej zostaną zabici natychmiast po powrocie Jolanty K. do domu. Przecież widzieli twarze porywaczy, wiedzą kim oni są, a żaden porywacz nie pozostawi przy życiu takich świadków. Porwanie, tortury, i pozbawienie wolności to bardzo ciężkie przestępstwa zagrożone wysokimi wyrokami.

Obaj myśleli więc intensywnie nad tym, w jaki sposób mogliby uciec. Niestety haki, do których przykuto ich łańcuchami, były solidnie osadzone w ścianie, a i kajdanki nie wyglądały na takie, które da się po cichu otworzyć, lub rozbić o ścianę. Ze strachu nie mogli spać, tylko siedzieli nasłuchując, czy ich oprawcy nie idą, aby dokończyć swojego dzieła. Kiedy następnego dnia usłyszeli kroki, obaj dosłownie spocili się ze strachu. Okazało się jednak, że przyniesiono im tylko jedzenie i wymieniono wiadro na nieczystości. To, że są karmieni, dodało im trochę otuchy.

Drugiego lutego 2007 roku do policjantów w O. dotarła wiadomość, że na terenie ich miasta, w dwóch samochodach poruszają się obywatele Niemiec, którzy kogoś szukają. Wygląd tych osobników wskazywał na to, że są to osoby z przestępczego półświatka. Policjantom udało się zatrzymać te samochody do kontroli i wylegitymować pasażerów. Czterech z sześciu mężczyzn było Niemcami pochodzenia tureckiego, a dwóch obywatelami Polski i Niemiec jednocześnie. Policjanci ustalili, że cała szóstka nie była poszukiwana, zaś samochody, w których nie znaleziono broni ani narkotyków, także były absolutnie legalne. Nie pozostało więc nic innego, jak oddać dokumenty tym ludziom i pozwolić im odjechać. Na pożegnanie jeden z policjantów, władający dobrze niemieckim, poradził im jednak, że jeśli czegoś lub kogoś tu szukają, to niech dadzą sobie spokój, bo jedyne, co mogą znaleźć, to kłopoty i pobyt w areszcie.

Policjant ów nawet nie przypuszczał, jak blisko był prawdy, mówiąc, że kogoś szukają. Jednym z pasażerów tych samochodów był bowiem Ayman B., rodzony brat Karima B. Dopiero później, na podstawie rejestru osób legitymowanych, policjanci skojarzyli przyjazd tych mężczyzn ze sprawą Jolanty K. Wówczas jednak ich wizyta w O. nie przyniosła zamierzonego efektu – nie odnaleźli i nie uwolnili Karima B., a ponieważ stali się obiektem zainteresowania policji, z konieczności wrócili do Niemiec.

Karim B. ponownie został zmuszony do zatelefonowania do swojego brata z żądaniem natychmiastowego uwolnienia Jolanty K. i wsadzenia jej w autobus do Polski. Ayman B. próbował dowiedzieć się czegoś więcej, ale usłyszał tylko od brata, żeby natychmiast spełnił jego polecenie, gdyż sytuacja jest bardzo poważna. Na tym połączenie zostało przerwane.

Sytuacja rzeczywiście stawała się coraz bardziej napięta. Według oceny Krzysztofa J., porywacze byli już zniecierpliwieni i przy każdej okazji dawali temu wyraz. Tłumaczyli zarówno jemu, jak i Karimowi B., że jeśli dziewczyna nie wróci, lub okaże się że nie żyje, to oni będą tak samo martwi. Wielokrotnie powtarzali, że powinni ich po prostu zabić, bo za porwanie i za zgwałcenie Polki oraz zmuszanie jej do prostytucji, zarówno Turek, jak i Polak, który w tym uczestniczył, nie zasłużyli na nic innego. Na poparcie tych gróźb  wielokrotnie przykładali im noże do szyi i przyciskali je czasami tak mocno, aż spod ostrza po skórze zaczynała cieknąć krew. Obaj uwięzieni byli przerażeni i coraz bardziej pewni, że godziny ich życia są policzone.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]