Przez całe osiem lat małżeństwa Bart Corbin zapewne nigdy nie brał pod uwagę takiego obrotu sprawy.  Chyba nigdy nie przyszło mu do głowy, że tak szybko można stracić kobietę. Pewny siebie przyjął za niepodlegający dyskusji fakt, że ma piękny dom, dwóch synków i zakochaną w nim żonę. I nic tego już nie zmieni, do końca ich dni.

Już krótko po ślubie Bart postawił sprawy jasno: on zarabia, rządzi i kontroluje. Ona odpowiada za dom, dzieci i pełni funkcje reprezentacyjne, stanowiąc niekwestionowany atrakcyjny dodatek do wybitnego męża. W zamian za codzienny wysiłek przy dentystycznym fotelu zapewniający żonie i dzieciom wysoki poziom życia, Bart wymaga od Jennifer bezwzględnej miłości oraz lojalności, wzbogaconych o ślepe posłuszeństwo i oddanie. Zakładając również z góry, że żona wykazywać będzie całkowite zrozumienie dla jego nielicznych wad i słabostek, a także przymknie oczy na jego drugie życie.

Bart Corbin wniósł do swego małżeństwa drugą kobietę. Właściwie była to pierwsza kobieta, oddana mu ślepo i nieprzytomnie już od pierwszego roku własnej praktyki.

Bart sypiał przedtem oraz potem z innymi kobietami, jednak Liz Moore, jego księgowa i doradczyni w wielu dziedzinach, tkwiła przy nim stale, nawet wówczas, gdy ostatecznie popadł w straszliwe kłopoty. Liz stanowiła znakomitą, bezpieczną inwestycję. Była uwikłana w małżeństwo ze znacznie starszym od siebie mężem i miała dwoje małych dzieci, więc zależało jej na utrzymaniu długotrwałego związku z Bartem w całkowitej tajemnicy. Cierpiała tylko na ślubie Barta z Jennifer i wypiła więcej niż zwykle. Potem szybko zrozumiała, że Bart się dla niej nie rozwiedzie z młodą, piękną żoną i matką jego dwóch synków, więc bez większych stresów przyjęła na siebie rolę drugiej kobiety.

Jennifer musiałaby chyba stracić wzrok, żeby tego nie widzieć. Liz Moore była stale obecna w ich małżeństwie: przychodziła, czasem bez oficjalnego zaproszenia, na większość imprez rodzinnych, pojawiała się znienacka w tych samych restauracjach lub na meczach chłopców, w weekendy jeździła z nimi nad jezioro. Bart telefonował do niej późną porą, tłumacząc to koniecznością załatwiania spraw finansowych. Liz tkwiła nad ich rodziną jak duch i wydawało się Jennifer, że nie ma na nią innego sposobu, jak tylko się przyzwyczaić. Jednak dzielenie się mężem z inną kobietą stanowiło dla Jennifer bolesną zadrę, toteż skarżyła się siostrze Heather. Bartowi nie robiła wyrzutów, a tym bardziej awantur. Nie pozwalało jej na to wysokie poczucie godności.

 

Pępek świata

W miarę upływu kolejnych lat małżeństwa, Jennifer coraz częściej stawała wobec trudnych wyborów. Bart niekwestionowanie był miłością jej życia. Z wielkim i charakterystycznym dla siebie hałasem, wszedł w jej rodzinę i zaskarbił sobie uczucia wszystkich, nie tylko jako dentysta, który za darmo leczył im zęby. Z teściową umiał rozmawiać o sztuce. Z teściem łączyła go pasja motoryzacyjna. Urywali się razem na ryby i na polowania. Umiał też podbić młodszą część rodziny. Wszyscy traktowali go z bezkrytycznym entuzjazmem. Jednak Jennifer łatwo dostrzegała (oprócz stałej obecności Liz) jego wady i z biegiem czasu z przerażeniem stwierdzała, że ich nawarstwianie wprowadza do ich małżeństwa wrażenie dokuczliwego chłodu i obcości.

„Doktor Bart”, bo tak mawiali o nim przyjaciele i znajomi, uważał siebie za pępek świata i wymagał od domowników bezwzględnego oddania i hołdów. Szedł konsekwentnie według planu wytyczonego na początku małżeństwa. Rzuciło się to w oczy już w dniu ślubu: ich obrączki były starannie dobrane i drogie, lecz jego obrączka miała wprawiony duży diament. Bart wytłumaczył: „Oczekują tego po mnie pacjenci”. Dentysta tak musi, bo ludzie patrzą mu na ręce, więc trzeba kłuć ich w oczy bogactwem, bo to przyciąga i wzbudza respekt.

Bart upajał się władzą i kontrolą nad Jennifer, a potem nad chłopcami. Ona musiała zrezygnować z malowania paznokci, bo on tego nie znosił. Krytykował ją na każdym kroku i niemal za wszystko.

Siostrę Heather zdumiały jego długie tyrady w błahych sprawach, z których wynikało, że doktor Bart generalnie uważa kobietę za coś gorszego niż mężczyzna, więc próbuje udowadniać tę przewagę na przykładzie codzienności w swym małżeństwie. Od święta tryskający błyskotliwym dowcipem oraz inteligentnym humorem, na co dzień był dokuczliwym zrzędą i awanturnikiem. Jego niezadowolenie ujawniało się coraz silniej w miarę pogarszania się jego sytuacji finansowej. Gdy w gabinecie mu nie szło (a zdarzało się to coraz częściej) nierzadko widziano go jak tłucze się po domu, mówi sam do siebie używając najgorszych przekleństw brzęczy naczyniami i trzaska drzwiami. Stres finansowy najchętniej wyładowywał na żonie. Raz w tygodniu zasiadał z Jennifer do kontroli wydatków domowych i gniewał się za nieuzgodnione z nim zakupy, czasem za coś, co było warte zaledwie dziesięć dolarów.

 

Prysnął więc mit o finansowo beztroskim życiu w luksusie i pożytkach wynikających z małżeństwa z dentystą. Jennifer uczyła się skromności, pokory i kontrolowania wydatków. Z czasem przestała wymagać zbyt wiele od życia, skupiając całą energię na wychowywaniu synków. Zbierała ciosy i gromadziła stres. W miarę dorastania chłopców brała na siebie cały gniew męża za to, że starszy Dalton nie radzi sobie na boisku baseballa tak jakby sobie tego życzył ojciec, a młodszy Dillon jest nieporadny niemal we wszystkim. Bart w roli tyrana nie oszczędzał synków. Popadł nawet w konflikt z psem Jennifer, labradorem imieniem Sebastian, który warczał na jego widok i rwał się do gryzienia, więc musiał zostać relegowany do jej rodziców.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze