Warszawskie  Okęcie chyba każdemu kojarzy się z międzynarodowym lotniskiem Okęcie, na którym przez cały dzień co kilka minut startują i lądują samoloty z całego świata. Każdego dnia pojawiają się tutaj tysiące rodaków i cudzoziemców: jedni w celach turystycznych, drudzy – biznesowych. Co chwila podjeżdżają luksusowe samochody, czuć powiew i blichtr wielkiego świata. Nie wszyscy wiedzą, że zaledwie kilka kilometrów od tego  tętniącego życiem miejsca zachowały się jeszcze ostatki „drugiego” Okęcia, które znane jest tylko nielicznym warszawiakom: z wyboistymi drogami, ujadającymi psami, a nawet rozwalającymi się ze starości przedwojennymi czynszówkami.

Aż nie chce się wierzyć, że to również stolica! Żyją tu jeszcze ludzie, którzy zapytani o miejsce zamieszkania odpowiadają Okęcie pod Warszawą (tereny te zostały przyłączone do stolicy w 1951 roku). Oni nie dziwią się tym krajobrazom bo wiedzą, że Warszawa to nie tylko trzypasmowe arterie, luksusowe galerie handlowe, ale także pola porośnięte warzywami albo zarośnięte chwastami sady, z których nikt już nie zbiera owoców…

W takiej właśnie okolicy od kilku lat mieszkał Janusz M., właściciel całkiem nieźle prosperującego gospodarstwa ogrodniczego. Pan Janusz od trzech lat budował nowy dom jednorodzinny. Co tylko mógł, robił własnymi siłami, aby przynajmniej robocizna pochłaniała jak najmniej pieniędzy, których mnóstwo wydawał przy kolejnych zakupach materiałów budowlanych. Ale pomimo najszczerszych chęci dorosłemu mężczyźnie trudno jest w pojedynkę zbudować taki dom! Na stałe do pomocy przy różnego rodzaju pracach zatrudniał Pawła K. – po trosze „złotą rączkę” w obejściu i gospodarstwie, trochę budowlańca, wreszcie zimowego palacza w przydomowej kotłowni. Kiedy było trochę więcej pracy na budowie, albo trzeba było pilnie podgonić z robotą, pan Janusz wsiadał w dostawczego Mercedesa i jechał pod warszawskie biuro pośrednictwa pracy, gdzie codziennie od samego rana gromadzą się amatorzy dorywczej pracy. Prawie wszystkim marzą się duże pieniądze, gorzej natomiast z jakością ich pracy, lojalnością, a przede wszystkim solidnością. Z reguły nie zagrzewali zbyt długo miejsca u pana M. Znajomość kończyła się z reguły przy pierwszej wypłacie: zarobione pieniądze szybciutko przepijali  i ku zadowoleniu gospodarza, który przez te kilka dni miał okazję przekonać się, jacy to z nich „fachmani”, odchodzili bez słowa pożegnania. Po nich przychodzili następni… i scenariusz z reguły się powtarzał.

 

Niespełna trzysta metrów od wznoszonego przez Janusza M. budynku stała stara, pamiętająca jeszcze przedwojenne czasy, rudera. Na mocy decyzji władz komunalnych  zajmowała ją Katarzyna  O., a przy okazji – po cichu, bez żadnego meldunku – zadomowił się tam jej konkubin Adrian  B. Po śmierci pani O.  pan Adrian nadal zajmował tam pokój.  I choć de facto był tzw. „dzikim” lokatorem, to jednak nikt nie zaprzątał sobie nim specjalnie głowy. Tym bardziej, że mężczyzna prowadził ciche i spokoje życie, nie wadził nikomu i co chyba dla urzędników było najważniejsze  – regularnie płacił podwyższony  zgodnie z przepisami czynsz za zajmowany lokal.  Biorąc to wszystko pod uwagę otrzymamy obraz idealnego, zdawać by się mogło, lokatora starej czynszówki.

Przez ponad dziesięć lat od śmierci konkubiny pan Adrian żył tu samotnie. Wprawdzie co pewien czas w jego mieszkaniu pojawiały się inne kobiety, ale żadna z nich nie zagrzała tam dłużej miejsca. Nie wiadomo, czy nie chciał wiązać się z nimi na stałe, być może podobało mu się takie życie – wprawdzie bez drugiej połowy, ale i bez większych zobowiązań. Był panem własnego czasu, nikt nie narzucał mu, jak ma prowadzić swoje życie… Tym większym zdziwieniem był fakt, że przed trzema laty zamieszkał z nim pod jednym dachem Dariusz E. Właściwie nie tyle zamieszkał, co pan Adrian przygarnął go do swojego mieszkania. Poznali się na budowie jednego z warszawskich hipermarketów. Obaj pracowali tam jako robotnicy niewykwalifikowani i obaj razem przepuszczali zarobione ciężką pracą pieniądze. Dariusz E. początkowo bywał na Okęciu tylko jako gość, któremu proponuje się tylko kilkudniowy pobyt. Później znowu tułał się po dworcach, prywatnych kwaterach, wreszcie mieszkaniach przygodnych znajomych, aż zamieszkał na dłużej w starej czynszowej kamienicy.

Obaj panowie nie utrzymywali zażyłych kontaktów z mieszkańcami pobliskich domostw. I trudno się temu dziwić, bo sąsiedzi bardzo szybko wyrobili sobie o nich jednoznaczną opinię pijaczków i chuliganów, co to pół dnia potrafią spędzić w okolicach sklepu monopolowego sącząc kolejne butelki taniego wina albo piwa…

 

Koszmarny widok

Tamten marcowy dzień nie różnił się zbytnio od pozostałych. Z samego rana Adriana i Dariusza odwiedził Włodzimierz W., który akurat tego dnia miał rozpocząć pracę na pobliskiej budowie u Janusza M. Ani Adrian, ani Dariusz nie znali Włodzimierza zbyt dobrze.

To była zwykła, przelotna znajomość, tylko kilka razy spotkali się na jakiejś libacji. Nie znali nawet nazwiska Włodka, nie wiedzieli dokładnie skąd pochodzi.

Wśród robotników sezonowych to nic niezwykłego. Ludzie znają się tylko z imienia, bo niekiedy widzą się tylko przez kilka dni, by już nigdy więcej nie spotkać się w życiu…

Powody odwiedzin, podobnie jak większość wydarzeń tamtego feralnego dnia, nie została do końca wyjaśniona. Można je tylko odtworzyć jedynie na podstawie zeznań składanych w trakcie śledztwa przez podejrzanych i świadków. Te jednak  nie zawsze pasują do siebie… Trochę z racji nadmiaru alkoholu wypitego przez sprawcę i świadków, może dlatego nie pamiętają oni dokładnie wszystkiego.

Rano rąbałem drzewo na podwórku, a kiedy skończyłem poszedłem rozpalić piec w kotłowni bo na dworzu był lekki przymrozek – zeznał Paweł K. – Kilka minut przed ósmą pojawił się Włodzimierz W., który tamtego dnia miał trochę pomagać w pracach wykończeniowych. Zanim jednak zabrał się za pracę powiedział mi, że musi jeszcze na chwilę wpaść do Dariusza E., który mieszkał dwa budynki dalej.

– Nie wie pan, jaką miał sprawę do niego tak wcześnie rano? – dociekał prokurator.

Niestety nie. Nie łączyły nas jakieś głębsze więzy przyjaźni, aby dopytywać się go o takie szczegóły. Po drugie, w ogóle to mnie interesowało. On to powiedział jako usprawiedliwienie, że nie może od razu przystąpić do pracy. Kiedy minęła godzina a nowy pracownik nie wracał, Paweł K. poszedł sprawdzić, co się z nim dzieje. Znalazł całą trójkę: Włodzimierza W., Dariusza E. i Adriana B. Pomimo wczesnych godzin porannych libacja trwała na całego. Na stole stała jedna pusta półlitrowa butelka po wódce, druga była w trakcie „degustacji”. Ponieważ za zakąskę służył karton soku pomarańczowego, panowie szybko wprowadzili się w stan nietrzeźwości.

Próbowałem z nimi rozmawiać, ale sprawiali wrażenie nieźle wstawionych – zeznał Paweł K. – Właściwie nie sposób się było z nimi w ogóle dogadać. Nie miało sensu namawianie ich, aby wrócili do pracy. Jeszcze doszłoby do jakiegoś nieszczęścia! Wróciłem na budowę.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze